Camino de Santiago

Otwarte Ramiona Mojego Camino: Frances, Primitivo

11/2013
Otwarte Ramiona Mojego Camino: Frances, Primitivo

Tamara Frączkowska :: 17.11.2013 21:40
Dzień dziewiąty: Ponferrada - Villafranca del Bierzo

2 czerwca 2013 radość i ciekawość, co przyniesie mi kolejny dzień, "wygnały" mnie z albergi już przed godziną szóstą smiley Mijam Zamek Templariuszy oświetlony wschodzącym słońcem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Śmigająca tuż przede mną ciemna wiewiórka i nieco dalej piękny, "grafficiarski", ogromny napis COMPOSTILLA (w którym litery "A" zastąpiono muszlami Św. Jakuba) były pięknym rozpoczęciem kolejnego dnia na Camino. Po ok. godzinie wędrówki przechodzę obok malutkiej kaplicy, ozdobionej pięknym malowidłem.

 

 

 

 

Wiele lat temu było tu schronisko dla pielgrzymów. Obok stoi wysoki, kamienny krzyż. Ponferrada została już za mną.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chwilę później spotykam Angelę i razem jemy śniadanie w miłym przyhotelowym barze. Ruszam dalej. Wokół mnie jakoś więcej pielgrzymów niż wczoraj. Chyba bywają uciążliwi dla mieszkańców przydrożnych domków, bo na czereśni, rosnącej blisko drogi widnieje napis VENENO tzn. truciznasurprise Czy to sposób na pielgrzymów podskubujących apetyczne owoce?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Camponaraya trafiam na duże miejsce wypoczynku dla pielgrzymów, w którym można degustować wino albo odpocząć na ławeczce i coś zjeść. Czuję się przepełniona energią więc nie zatrzymuję się. Szczęśliwie wokół mnie rozrzedziło się już i idę prawie sama. Widzę też pierwszych pielgrzymów bez plecaków! Plecaki wożą im od albergi do albergi taksówki. Nie ma w tym może nic złego, ale... nie mam najmniejszej chęci ani potrzeby skorzystać z takiej usługi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dochodzę do Cacabelos i widzę kamienną kapliczkę Capilla San Roque, gdzie z zachwytem oglądam bardzo kolorowe wysokie figury. Jest Pan Jezus, jest starożytny żołnierz rzymski... i nie tylko. Daję donativo na utrzymanie tego wyjątkowego miejsca i uśmiechnięty staruszek (opiekun kapliczki) z wielkim namaszczeniem wbija mi sello w Credencial del Peregrino i w zniszczonym zeszycie zapisuje, że jestem Polką i wędruję od Leon.

 

 

 

 

 

 

Dzięki swojemu Przewodnikowi wiem, że 2 kilometry dalej mam dwie drogi do wyboru: jedna wzdłuż wąskiej szosy, druga wśród łąk i winnic. Oczywiście wybieram tą drugą, która ma mnie doprowadzić do wioseczki Valtuille de Arriba.

 

 

 

 

 

Do przejścia mam około 5-6 km po lekko wznoszącej się i opadającej piasczystej drodze. Ale te kilometry okazały sie bardzo trudne. A dlaczego? Był upał, żadnego cienia, żadnej wody do nabrania. Zawsze wyruszałam w drogę z półlitrową butelką wody. I te niecałe pół litra wody, które mi pozostały prawie "uratowały mi życie". Dosłownie wydzielałam sobie wodę po kilka łyków, a każde najmniejsze nawet drzewko było ukojeniem.

Gdy doszłam do Villafranca del Bierzo byłam wykończona. Na szczęście tuż przy wejściu do miasta zobaczyłam municypalną albergę, ale na nieszczęście nie było już wolnych miejsc... poza trzema piętrowymi łóżkami ustawionymi ciasno na korytarzu. Nie przeszkadzało mi to wcale. Po przejściu 23 km z radością rozciągnęłam się na "swoim" łóżku. Kilkanaście minut po mnie do albergi przyszła wykończona Angela i gdy usłyszała, że nie ma już miejsc nie mogła powstrzymać łez bezradności. I tutaj odezwała się wielka solidarność pielgrzymów heart Jeden z mężczyzn zaproponował, że odstąpi Angeli swoje miejsce, a drugi poszedł do sąsiedniej albergi, żeby sprawdzić czy tam znajdzie się wolne miejsce. Znalazło się! Dwóch mężczyzn wzięło plecak Angeli i zaprowadzili ją do albergi kościelnej, gdzie już zarezerwowali dla niej miejsce. Było to wspaniałe potwierdzenie wspólnoty jaką czują pielgrzymi.

Z albergi miałam widok na Iglesia de Santiago, gdzie znajduje się sławna BRAMA PRZEBACZENIA. Jest taka stara tradycja, jeżeli ktoś jest chory i nie może kontynuować swojego Camino może tutaj uzyskać odpust i zakończyć pielgrzymkę przechodząc przez Bramę Przebaczenia. 2 czerwca 2013 roku nikt z tej możliwości nie skorzystał: podwoje Bramy Przebaczenia pozostały zamknięte.

 

 

Po przysznicu, praniu i krótkim odpoczynku poszłam obejrzeć miasteczko słynące z pięknych zabytków i spędziłam miłe chwile odpoczywając w zacisznym parczku przy pluskającej fontannie. Po powrocie do albergi i chwili rozmowy z innymi wędrowcami, zasnęłam dobrym, krzepiącym snem. I w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało mi, że tę noc spędzam na korytarzu yes


Dodaj komentarz »

Tamara Frączkowska :: 15.11.2013 19:07
Dzień ósmy: Acebo - Ponferrada

1 czerwca 2013, kilka minut po godzinie szóstej wyruszam w swój kolejny dzień na Camino. Już wiem, że radość i duchowość Drogi możemy w pełni przeżyć, gdy spokojnie przyjmiemy i zaakceptujemy to co nas w tej Drodze spotyka. Idę jednym z najpiękniejszych odcinków Camino, najpiękniejszych i... najbardziej stromych w dół. Strome zejścia są o wiele trudniejsze i bardziej wymagające niż strome podejścia. Pamiętam o tym i idę spokojnie i wolno po kamieniach i kamiennych, śliskich płytach. Cieszę się, że jest piękna, rześka i sucha pogoda. Wilgotne kamienie stanowiłyby dodatkową uciążliwość w tej stromej drodze. Po lewej stronie, na wyciągnięcie ręki, mam ośnieżone szczyty - te szczyty, które na odległym horyzoncie, widziałam na początku mojej drogi.

W czasie mojej samotnej wędrówki jestem tylko ze swoimi myślami, wspomnieniami. Rozmyślam dużo o swoim życiu, swojej rodzinie, sukcesach i niepowodzeniach. Jednak jest jedna myśł, która towarzyszy mi cały czas i która narodziła sie dopiero TUTAJ na Camino: Otrzymałam od losu tak dużo dobrego, że mam za co dziękować i warto dojść do Św. Jakuba i powiedzieć mu o tym.

Robi się coraz cieplej, świeci piękne, mocne słońce i po raz pierwszy nakładam swoja czapeczkę chroniącą przed słońcem, z przyklejoną biało - czerwoną flagą.

Przez ok. 7 km jest naprawdę stromo, potem teren trochę łagodnieje i przede mną otwiera się widok na uroczą Molinaseca, do której wchodzę przez piękny, stary, kamienny most.

W Molinaseca czas na odpoczynek i drugie śniadanie. W rozradowanym gronie kilku pielgrzymów (ku mojej radości jest wśród nich Angela) czas szybko mija... Pora ruszyć dalej. Ruszamy razem z Angelą, ale ponieważ różnimy się "techniką marszu" smiley, Angela zostaje z tyłu. Moja technika, to trochę szybsze (ale i tak wolne) tempo na początku. Natomiast Angela całą trasę przemierza w równym tempie. W związku z czym często spotykamy się pod koniec dnia albo w tej samej alberdze. Na Camino mija się kilka krzyży poświęconych osobom, które zmarły w czasie swojej wędrówki. Dzisiaj również mijam taki krzyż  Chwila zadumy, podchodzą inni Pielgrzymi, większość z nich odmawia krótką modlitwę i idziemy dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mijam pierwsze winnice i malowniczą malutką osadę 

 

 

 

 

 

 

 

 

Za mną już prawie 17 km i na horyzoncie widzę cel dzisiejszej drogi: Ponferradę. Jednak przed miastem szlak skręca w lewo, w łąki. Mija mnie trzech Hiszpanów, którzy idą prosto w kierunku miasta. Ja jednak trzymam się żółtych strzałek. W Ponerradzie jest tylko jedna, duża, municypalna alberga i jestem przekonana, że żółte strzałki doprowadzą mnie do niej. I rzeczywiście tak jest, ale szlak biegnie jakby wokół miasta. Idę długo, w upale, dogania mnie Angela. Razem idzie się nam raźniej yes Nareszcie jest przed nami alberga SAN NICOLAS de FLUE. Jest duża, czysta i położona blisko centrum Ponfferady. Lokuję się w 8 osobowym pokoju (razem z Angelą). Teraz prysznic, pranie  i... ruszam do monumentalnego Zamku Templariuszy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem oczarowana jego surowym pięknem i potęgą jego grubych, kamiennych murów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A przede mną jeszcze jedno przepiękne miejsce: piętnastowieczna Bazylika de Neustra Senora de la Enima, z cudownym ołtarzem i pietą. Przed Bazyliką stoi postać (Pielgrzyma?) trzymajaca w dłoniach figurę Matki Boskiej - wyrzeźbione w dębie skalnym. Jak głosi legenda, na dębie skalnym ukazała się wiernym Matka Boska.

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasycona radością z pokonania trudnej, ale pięknej drogi i zachwytem nad tym co zobaczyłam w Ponferradzie, wracam do albergi. W dużej kuchni panuje ogromne ożywienie - pielgrzymi wędrujący w grupkach przygotowują proste jedzenie: warzywa, makaron, chleb, szklaneczka wina. I to jest jedyny moment w ciągu dnia, gdy myślę, że miło jest z kimś przemierzać Szlak Św. Jakuba, a wieczorem usiąść przy wspólnej kolacji i podzielić się wrażeniami broken heart


Dodaj komentarz »

Tamara Frączkowska :: 07.11.2013 21:10
Dzień siódmy: Rabanal del Camino - Acebo

31 maja 2013, kilka minut po godz. 6 wyruszam z pewnym niepokojem, bo przede mną bardzo strome podejście do Foncebadon. Ale wierzę, że poradzę sobie. Nie śpieszę się przecież nigdzie. Mogę iść w takim tempie, które pozwoli mi na pokonanie tego trudnego odcinka Camino. Jest rześko, a wschodzące słońce rozświetla delikatne mgły.

Dzisiaj planuję przejść 17 km i zatrzymać się w małej górskiej wiosce Acebo. Za mną już pięć dni wędrówki, nabrałam doświadczenia, a także zaufania do swoich możliwości. Idę przepełniona radością i zachwytem nad światem, który mnie otacza.

Po ok. 2 godzinach widzę przed sobą duży Krzyż i zrujnowane kamienne domki - to Foncebadon. Poradziłam więc sobie i tak naprawdę ta droga nie była aż tak trudna. Przede mną, w oddaleniu sylwetka Pielgrzyma ubranego w obszerną, ciemną pelerynę, idącego z czworonożnym towarzyszem. Spotkam ich jeszcze przed Katedrą w Santiago de Compostela. Wokół mnie zrujnowane, nieduże kamienne zabudowania. Chyba poza hospitalieros i pielgrzymami nikt tu nie mieszka. Zatrzymuję się w klimatycznej alberdze, a klimaty bardziej dalekowschodnie niż europejskie. Feeria barwnych tkanin na ścianach i czekające na pielgrzymów, bardzo apetycznie wyglądające, proste śniadanie. Miło jest tu odpocząć.

Po śniadaniu i krótkim odpoczynku, pełna dobrych emocji, już bez obawy czy poradzę sobie z dalszą trudną drogą, ruszam dalej. A wokół najpiękniejsze krajobrazy jakie można sobie wyobrazić.

Przede mną jedno z najważniejszych miejsc i najwyższy punkt Camino La Cruz de Ferro - Żelazny Krzyż! Tak, to tutaj, a nie w Pirenejach jest ten najwyższy punkt (1532 m n.p.m.). Każdy kto choć trochę interesował się Camino, słyszał o La Cruz de Ferro. Jest to szczególne miejsce - już Celtowie i Rzymianie czcili je i składali tu kamienie. Dlaczego? Co magicznego jest w tym miejscu? Ja również niosę swój kamyk zabrany sprzed progu mojego domu w Elblągu. Idę... i już go widzę... Ale cóż pomimo, że jestem bardzo wzruszona, miejsce mnie rozczarowuje. Nie wygląda tak imponująco i dostojnie jak tego się spodziewałam. W pobliżu widzę wielki parking, a wokół Krzyża sporo ludzi - większość z nich dojechała tu autobusem. Siadam z boku, przy małej kapliczce i czekam aż zostanę sama. I rzeczywiście, zdjęcia porobione, autobus odjeżdża. Teraz Krzyż jest tylko "mój" i tych kilku osób, które pokonały strome drogi, aby tutaj dojść. Wchodzę pod Krzyż, wzruszona dotykam go, zostawiam swój kamyk i szczęśliwa ruszam dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

A wokół mnie cudowne góry. Jestem wysoko, blisko błękitu nieba, w ciszy i z własnymi myślami, myślami radosnymi.

 

 

 

 

 

 

 

Mijam Manjarin i przechodzę obok baru, którego nie można nie zauważyć.

 

 

 

 

 

 

 

Zrobiło się cieplej. Przede mną strome, kamieniste zejście do Acebo. Tutaj trzeba iść bardzo uważnie, bo o potknięcie nie trudno. Mija mnie dwoje Pielgrzymów z Portugalii, którzy idą z Lizbony do Jerozolimy. Właśnie tak - w kierunku przeciwnym niż tradycyjnie idą Pielgrzymi. Ciągną mały wózeczek i towarzyszy im nieduży, czarny piesek, wesoło biegający wokół, bez żadnych oznak zmęczenia.

Widzę ciemne dachy kamiennych domków w Acebo. Jest przyjemnie ciepło. Przybyli tu przede mną pielgrzymi wygrzewają się w słońcu, na tarasie baru.

 

 

 

Po przejściu 17 km zatrzymuję się w przykościelnej alberdze APOSTOL SANTIAGO PARROQULAL ALBERGUE.

Mogłam się tu wykąpać, najeść i wyspać, ale... nie wspominam tego miejsca z takim sentymentem jak inne albergi. Hospitalieros oschli jak w wojsku, a my musimy zostawić swoje plecaki jak rekruci przy recepcji i iść się wykapać (w niezbyt ciepłej łazience). Potem stromymi schodami możemy wejść, tylko z rzeczami do spania na piętro, gdzie stoi wiele piętrowych łóżek pod wysokim stropem. Spotykam tu Helen ze Szwajcarii i poznaję, pełnego energii, Polaka mieszkającego na stałe w Niemczech. Spotykam też sympatyczną młodą parę (chyba z USA), z którą mijałam się już w drodze. Ona spokojna, bardzo ładna, a jej towarzysz to wulkan energii, z głową przyozdobioną dredami, obdarzjący wszystkich uśmiechem i zainteresowaniem. Acebo, to mała wioska, ale pełna pielgrzymów. Jej nazwa, to nazwa krzewu: acebo, to po polsku ostrokrzew. I teraz, gdy jestem już w domu, ile razy spojrzę na ostrokrzew, z pięknymi zielonymi listkami i mnóstwem czerwonych, drobnych owoców rosnący w moim ogrodzie, to przypomina mi się moje, cudowne Camino.

Przypomina mi się również serdeczna atmosfera, gdy siedzimy wszyscy przy długich stołach, jemy wspólnie skromną kolację uwieńczoną szklaneczką wina. Nikną bariery językowe, a wszyscy czujemy się jak wielka rodzina. Przede mną siedzi uśmiechnięty Brazylijczyk. Pomimo, że nie zna angielskiego, nawiązuje się między nami nić sympatii. Spotkamy się jeszcze kilkakrotnie, a najbardziej wzruszające będzie spotkanie na Mszy dla Pielgrzymów w Katedrze u celu Camino.


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Grzegorz :: 20.11.2013 20:26 Nareszcie kolejny wpis , dziękuje . Przypominam sobie swoje obserwacje z camino . Przemierzałem drogę w październiku i dostrzegam spore zmiany . Podobnie jak Ciebie i sądądz ze wpisów innych zasmucił widok Cruz de Ferro. Dzięki Tobie uzupełniam wiedzę , Twoje spokojne tempo pozwoliło Tobie zobaczyć więcej


Dodaj komentarz »