Camino de Santiago

Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

04/2015
Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

Wiola :: 24.04.2015 22:18
O tym, że radość trzeba odnajdywać w każdej niepowtarzalnej chwili...

Santiago de Compostela

"Jak Ci dziękować, żeś mi dał tak wiele..."

Dziś ponownie udałam się z Monte de Gozo do Santiago. Wczoraj zarezerwowałam na dziś miejsce w alberdze La Estrella, tam zostawiłam plecak i wypoczęta (choć nadal z bolącą nogą) poszłam w kierunku, w którym zdążali również inni pielgrzymi.

Tak, to właśnie dziś był ten, TEN dzień. Z ogromną radością staję przed św. Jakubem i już nie oczekuję na jakieś wyobrażone fajerwerki w duszy, bo wcale nie o to chodzi. Przebyłam swoje pierwsze Camino, doświadczyłam wielu cudów tej Drogi, zanurzyłam się w jej pięknie i niezwykłości, starałam się z otwartym sercem przyjąć wszystko co mi daje, radości i trudności, poznałam wielu wspaniałych ludzi i otrzymałam mnóstwo życzliwości. I właśnie to wszystko jest najważniejsze i to daje mi ogromną radość.

Przecież najistotniejsze nie jest wcale spełnienie naszych wyobrażeń, ale radosne przyjęcie wszystkiego co daje nam Camino… Istotą jest to co działo się podczas Drogi wokół nas, a przede wszystkim w nas samych, w głębi serca. Trzeba mi było ponownie odkryć, że nie ma potrzeby oczekiwać mega emocji, bo radość trzeba odnajdywać w każdej niepowtarzalnej chwili, czasem bardziej „pięknej”, a czasem bardziej „zwykłej”.

I wtedy dopiero możemy z całą świadomością śpiewać Te Deum… Ciebie Boga wychwalamy, nie tylko za osiągnięcie celu i dotarcie do obranego miejsca, ale za wszystko co nam w trakcie tej Drogi uczyniłeś, czego pozwoliłeś doświadczyć, co odkryć i zrozumieć… Wychwalamy Cię za każdą chwilę Camino, za każde spotkanie, człowieka i każdą chwilę samotności, za każdy krok i każdy zachwyt nad pięknem świata, za każdą radość i każdą chwilę trudu… za wszystko co pozwoliłeś nam przeżyć…

 

Dziś ponownie uściskałam figurę św. Jakuba, tym razem z całą świadomością i ogromną radością..., pomodliłam się przy srebrnym sarkofagu z jego Szczątkami złożonym w krypcie pod głównym ołtarzem, z całego serca dziękując za to, że wezwał mnie na swój szlak..., spokojnie zwiedziłam Katedrę.

 

 

 

 

 

 

Ogarnia mnie również jakieś niedowierzanie, że tu jestem, że przebyłam swoje Camino, że to już… Trochę szkoda, że ten czas dobiega końca, że minął tak szybko, że kończy się to wspaniałe wędrowanie. I choć jeszcze będę szła na Fisterrę, to myślę, że to jednak będzie trochę inny wymiar pielgrzymowania.

 

 

Z ciekawości na chwilę zajrzałam na podwórko przed biurem pielgrzyma. Spotkałam tam Polaków, którzy przeszli trasą portugalską. Zaś na placu przed Katedrą poznałam Polaków, którzy podróżowali samochodem i zwiedzali Hiszpanię. Trochę opowiedziałam im o Camino i przed 11 ponownie udałam się do katedry, by zająć siedzące miejsce (mimo, że do Mszy Świętej pozostało jeszcze godzinę to już prawie nie było wolnych siedzących miejsc). Wyobrażam sobie jak to było kiedyś, kiedy zmęczeni pątnicy po wielu trudach wreszcie docierali do celu swojej pielgrzymki… myślę o tych wszystkich setkach tysięcy pielgrzymów, którzy w ciągu wieków w tej Katedrze zginali kolana… i czuję jakąś niesamowitą więź pomiędzy wszystkimi pokoleniami i narodami pielgrzymującymi do Santiago. Nieważne z jakiego jesteśmy kraju, jaki jest nasz status społeczny czy majątkowy, ile dni byliśmy w Drodze – wszyscy jesteśmy Pielgrzymami i razem tworzymy Wspólnotę.

 

 

 

Msza Święta była bardzo uroczysta. Dziś przeżywaliśmy Uroczystość Bożego Ciała, która w Hiszpanii jest obchodzona w niedzielę, a nie w czwartek jak w Polsce. Ucieszyłam się, gdy zobaczyłam tiraboleiros zmierzających w stronę ołtarza, to znak że dziś ponownie będzie mi dane zachwycać się „fruwającym” botafumeiro :)

 

 

 

Po Mszy Świętej naszą małą polską grupką spotkaliśmy się przed Katedrą. Odnalazła się też Ela, która kilka dni temu zniknęła mi z oczu. Niezmiernie ucieszyłyśmy się z ponownego spotkania smiley Razem wybraliśmy się na obiad, świętując nasz pobyt w Santiago i ciesząc się z całego Camino i doświadczenia Drogi.

 

 

Później pospacerowałam uliczkami Santiago, a na placu przed Katedrą spotkałam dość osobliwego pielgrzyma w ładnych zielonych bucikach :)

 

 

Na ulicach zauważyłam również pięknie ułożone dywany z kwiatów. Dowiedziałam się, że w Hiszpanii na Uroczystość Bożego Ciała układa się takie właśnie kompozycje. Na tej aranżacji napis głosił " Yo soy el camino la verdad y la vida" czyli "Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem". Jakże wymowne słowa dla strudzonych pielgrzymów :) I nie tylko dla pielgrzymów.

Po południu wróciłam do albergi na mały odpoczynek. Międzyczasie zaczęła się zmieniać pogoda i gdy już słodko sobie odpoczywałam nastała niedługa, ale porządna ulewa. Jaka szkoda, wieczorem miała odbyć się procesja Bożego Ciała. Jak się później okazało, niestety deszcz zepsuł część z misternie ułożonych, kwiatowych dywanów. Wieczorem spotkaliśmy się w umówionym miejscu, chyba jednak obawiano się, że znów będzie padać, bo procesja zamiast ulicami, odbyła się wewnątrz Katedry.

Mój drugi dzień w Santiago powoli dobiegał końca. Jutro czas wyruszyć na Fisterrę smiley

 


Dodaj komentarz »

Wiola :: 19.04.2015 11:08
O tym, że nie zawsze jest tak jak byśmy chcieli...

Pedruozo – Santiago de Compostela 20 km

Chcąc zdążyć na Mszę Świętą dla pielgrzymów o godz. 12, wstałam bardzo wcześnie i już przed 5 wyszłam z albergi. Było jeszcze zupełnie ciemno. Niektórzy pielgrzymi też już ruszali w drogę. Pierwszy etap prowadził przez las, samej w ciemnym lesie byłoby mi bardzo nieswojo, więc starałam się dotrzymać kroku parze idącej kilkanaście metrów przede mną. Mieli bardzo szybkie tempo, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Szło mi się bardzo dobrze, mimo że szybko, a i plecak wydawał się jakiś lżejszy… W ciemnościach nawzajem oświetlaliśmy sobie strzałki i wskazywaliśmy drogę…

Gdy już się rozwidniło, zwolniłam do swojego zwykłego tempa a moi towarzysze "pognali" dalej i szybko zniknęli mi z oczu. Niebawem okazało się, że takie szarżowanie i zmienianie swojego stałego rytmu było poważnym błędem i może okazać się zgubne w skutkach. No właśnie, jak pisze Andrzej Kołaczkowski-Bochenek:

„Gdy idziemy prędko, możemy nie dojść wcale”.

 

Mimo, że ta poranna bardzo szybka wędrówka nie była dla mnie uciążliwa, to przecież jednak poważnie zaburzyłam swój stały rytm i to wszystko do czego przywykły nogi przez ostatnie dwa tygodnie. Na skutki nie trzeba było długo czekać, niebawem zaczęła mnie boleć noga. I tu rada dla innych pielgrzymów - najlepiej iść swoim własnym tempem, nie warto zbytnio zmieniać rytmu marszu, by niepotrzebnie nie nabawić się jakiejś kontuzji.

 

Tymczasem mijam ten znany dotychczas z internetu pomnik, znak że do Santiago już naprawdę niedaleko, a na niebie właśnie rozpoczyna się spektakl wschodzącego słońca. Zrobiłam sobie małą przerwę, napawając oczy i serce tym wspaniałym widokiem.

„Kiedy ranne wstają zorze…”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po krótkim odpoczynku ruszyłam dalej. Ból w prawej piszczeli nasilał się... Głupio postąpiłam rano, niepotrzebnie tak gnałam, a teraz doświadczałam skutków swojej bezmyślności. Ledwo dowlokłam się do Monte do Gozo. W alberdzie polskiego Centrum Rekolekcyjnego Jana Pawła II zarezerwowałam nocleg, chwilę odpoczęłam, nasmarowałam nogę i pokuśtykałam w stronę Santiago de Compostela.

Po kilku kilometrach wkraczam do miasta, mijam bramę z wizerunkami słynnych pielgrzymów... Niebawem przed moimi oczami pojawiają się wieże Katedry, już niedługo, jeszcze kilka minut, chwila...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wreszcie dotarłam na plac Obradoiro. Stanęłam przed Katedrą i…? I nic. Nie dzieje się nic szczególnego. Moje wyobrażenia o tej chwili całkowicie rozmijają się z rzeczywistością. Myślałam, że w duszy pojawią się fajerwerki, miało być tak patetycznie, uroczyście, serce niemalże miało śpiewać Te Deum, a tymczasem… jest tak nijak… Owszem, cieszę się, że tu jestem, że dotarłam, że moja cudowna dwutygodniowa wędrówka tutaj znajduje swoje „uwieńczenie” (choć przecież wcale jeszcze się nie kończy), ale do podniosłych porywów serca jednak trochę mi daleko… Mojemu pierwszemu spotkaniu ze św. Jakubem nie towarzyszły mega wzniosłe emocje, zupełnie jakby zmęczenie i boląca noga „przesłoniły mi świat”. Kolejna nauka Camino – nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, jak sobie wyobrażamy. I może tak jest lepiej. Bo może właśnie taki stan rzeczy będzie bardziej owocny.

 

Odszukałam chyba najważniejszą ulicę dla pielgrzymów i stanęłam w dłuuugiej kolejce do Biura Pielgrzyma. Mimo prawie godzinnego oczekiwania, nie udało mi się dotrzeć do początku kolejki przed południem. Powróciłam więc do Katedry.

O godz. 12 rozpoczęła się Msza Święta. Było bardzo dużo ludzi, nie mogłam nawet marzyć o siedzącym miejscu, a stopy i nadwyrężona noga usilnie buntowały się przeciwko dłuższemu staniu. Stałam zmęczona przed św. Jakubem i uczestniczyłam w uroczystej Mszy Świętej taka „zwykła”, taka „po prostu”, bez żadnych szczególnych uniesień…

Dziś wiem, że właśnie te chwile takiej wewnętrznej zwykłości, szarości i zmęczenia właśnie wtedy w momencie dotarcia do Santiago, tak jak wszystko na Camino, były mi potrzebne…

Na koniec Mszy Świętej nad naszymi głowami poszybowało ogromne Botafumeiro. Niesamowite wrażenie smiley

 

 

 

Po Mszy Świętej ponownie udałam się na Rua do Vilar do Biura Pielgrzyma, by otrzymać Compostellę, wspaniałą pamiątkę z Camino. Tym razem na szczęście kolejka była o wiele krótsza. Z radością podaję swój credencial pracownikowi biura, pieczątka ląduje w ostatniej wolnej rubryce i po chwili ze wzruszeniem oglądam trzymany w ręce, sporządzony po łacinie dokument.

W Biurze Pielgrzyma zakupiłam również drugi credencial, który będzie mi służył podczas dalszej wędrówki.

 

Z okazji przypadającego w tym roku 800-lecia pielgrzymki św. Franciszka do Santiago, uzyskałam również „compostelkę” w kościele Św. Franciszka.

 

Tak jak już pisałam wcześniej, te dokumenty nie są najważniejsze. Są za to przepiękną pamiątką, zewnętrznym wyrazem przebytej pielgrzymki. I wiem, że ilekroć później spojrzę na nie, będą przywoływały radosne wspomnienia, a w sercu będzie odżywała ta cudowna radość wędrowania i zachwyt Camino…smiley

 

 

Pospacerowałam urokliwymi, wąskimi uliczkami Santiago, zajrzałam również do wielu sklepów usianych ciasno wokół Katedry i zakupiłam kilka pamiątek. „No pain, no glory” głosił napis na jakiejś koszulce. No tak, to pocieszające hasło w sam raz dla mnie i mojej bolącej nogi :)

 

 

Autobusem wróciłam na Monte do Gozo. Tak jak umawialiśmy się poprzedniego dnia, w alberdze nocowała większość Polaków, których poznałam w czasie pielgrzymki. Było również kilka dotychczas nieznanych mi osób, był rowerzysta przemierzający Camino aż z Polski, był również Alex z USA z którym kilka dni wcześniej zawzięcie pstrykaliśmy zdjęcia  i kobieta z Holandii albo z Niemiec, którą wielokrotnie spotykałam na szlaku.

Wieczór spędziliśmy w naszym małym zaprzyjaźnionym gronie, przy wesołych rozmowach i ogólnej radości :) I oto dobiegał końca ten dzień, tak zupełnie inny od moich wyobrażeń, a przecież tak ważny, potrzebny i mimo wszystko piękny smiley

 

 

 


Dodaj komentarz »

Wiola :: 11.04.2015 18:12
O tym, że iść jest ważniejsze niż dojść...

Arzua – Arca de Pino (Pedruozo)  19 km

Rano tradycyjnie wychodzę jako jedna z pierwszych, by choć przez chwilę cieszyć się ciszą i dźwiękami przyrody… Przede mną kilka długich chwil pięknej samotnej wędrówki. Pusta jeszcze o tej porze droga zachęca do radosnego marszu. Za godzinę, dwie, nie będzie już tak pusto :)

Od kilku dni, od Sarrii, jest zdecydowanie więcej pielgrzymów. To te „magiczne” 100 km uprawniających do otrzymania Compostelli. Oczywiście niektórzy idą ostatnią setkę z różnych powodów, zdrowotnych, czasowych czy finansowych, ale traktują Drogę serio. I dobrze, że idą. Ale też pojawiają się osoby, które, mam wrażenie, właściwie nie wiedzą po co tu są i dlaczego, jakby ich jedynym celem było otrzymanie Compostelki. A że Hiszpanie chętnie wpisują sobie Camino w CV, więc chętnych nie brakuje.

 

„Iść jest ważniejsze niż dojść.” A. Kołaczkowski-Bochenek „Nie idź tam człowieku”

Dotychczas spotykałam wielu pielgrzymów, kierowały nami różne motywacje i mieliśmy wiele różnych powodów do pielgrzymowania: kulturowe, religijne, turystyczne i wiele, wiele innych. Ale razem wspólnie na całym Szlaku Jakubowym tworzyliśmy w jakiś sposób Wspólnotę Ludzi Wędrujących… Łączyła nas radość wędrowania, doświadczenie wspólnoty i wzajemnego szacunku, ogromna życzliwość, zachwyt Camino, bo ukochaliśmy Drogę ze wszystkim co nam niesie… Oczywistym jest, że chcemy dojść do końca i spotkać się ze św. Jakubem. Ale to „iść” jest najważniejsze. Pewnie każdy z nas w Santiago uda się do Biura Pielgrzyma, by otrzymać Compostellę. Ale będzie ona tylko zewnętrznym ukoronowaniem Drogi, pięknym dokumentem, miłą pamiątką. I tyle. Prawdziwy cel i sens wędrówki tkwi gdzie indziej, znacznie głębiej i zdecydowanie poza materialnym wyrazem ozdobnego dyplomu.

A teraz, obserwując zachowanie niektórych nowych pielgrzymów, nagle zauważam, że uzyskanie Compostelli samo w sobie może stać się motywem do przejścia wymaganego odcinka Camino. I szczerze mówiąc, po prostu tego nie rozumiem. Ale przecież rozumieć nie muszę ;) Jakiś czas temu pisałam o tym, że nie mamy prawa wyznaczać miary prawdziwości pielgrzyma. Zgadza się, bo na Camino może iść każdy i jest ono dla wszystkich smiley

Ktoś mi powiedział, że im dalej od Santiago tym "lepiej", tym bardziej czuć prawdziwego ducha Camino, bo wtedy spotyka się tylko Ludzi Drogi, a od Sarrii to już prawdziwa „mieszanka”. Jest w tym pewnie sporo prawdy… Trochę szkoda, zanika wzajemne pozdrawianie się, nie ma wkoło tylu życzliwych Buen Camino, zdarza się brak poszanowania ciszy nocnej… Ale to nic, trochę trudności pod koniec wędrówki nikomu nie zaszkodzi :)

I zdarzają się chwile kiedy taki stan rzeczy może lekko irytować. Trzeba się na to uodpornić, by nie dać wyrwać sobie tej radości Drogi, którą żyliśmy dotychczas, by nie utracić ani kropli ze wszystkich zachwytów i wszystkich „cudów” które nas spotykały, by nie zaprzepaścić tego wszystkiego co dało nam Camino. Wiemy przecież czym jest radość wędrowania, jest ona zakorzeniona w nas i nic nam jej nie odbierze. Choć chwilami trzeba trochę powalczyć z samym sobą o zachowanie tej wewnętrznej równowagi. Po raz kolejny mamy więc okazję popracować nad swoim charakterem i zastosować w praktyce to czego uczy nas Camino – przyjąć wszystko i wszystkich z otwartym sercem, ze szczerą radością, nawet jeśli czegoś nie rozumiemy lub jest to inne od naszych wyobrażeń.

Może to paradoks, ale myślę, że doświadczenie takiej różnorodności postaw na tych ostatnich etapach, zderzenie się z tą „mieszanką”, też jest nam potrzebne, wszystkim którzy właśnie teraz zmierzamy do św. Jakuba niezależnie z jakich powodów i od ilu kilometrów, też jest pewnego rodzaju lekcją i nauką płynącą z Camino…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziś droga biegnie przyjemną ścieżką przez lasy eukaliptusowe. Co i rusz mijam też małe miejscowości. Idę wzdłuż cudnie kolorowej alejki, mogę też podziwiać drzewa jakich w Polsce raczej nie spotkamy.

 

Zatrzymałam się w Pedruozo w alberdze Porta de Santiago z bardzo fajną roślinną aranżacją w holu. Niebawem po mnie przyszli również Agnieszka, Marek i Sławek.

Wybraliśmy się razem na wieczorną Mszę Świętą. W kościele w głównej nawie za ołtarzem widzimy ogromną muszlę św. Jakuba, szkoda, że nie miałam przy sobie aparatu. Spotkaliśmy również Irenę i Jurka, których poznałam kilka dni wcześniej. Jest nas już całkiem ładna grupka Polaków i z radosnych rozmów wynika, że pewnie jeszcze się spotkamy. Polskie serca z sentymentem biją w stronę polskości, a więc do zobaczenia jutro na Monte do Gozo smiley


Dodaj komentarz »

Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

Autor: Wiola
Ostatni wpis: 10.11.2015 20:18
Odwiedziny: 56083 (od 18.01.2015)