Camino de Santiago

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

10/2018
Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Grzegorz Szkibiel :: 28.10.2018 16:16
12 sierpnia 2018: Spieskappel -- Kahlsmuelle

I znów zacznę tak samo: mamy przyjemni chłodny poranek. Słońce wschodzi coraz wyżej. Jest niedziela. Na mszy byliśmy wczoraj. W tej krainie Ewangelików bardzo trudno jest znaleźć kościół katolicki a jeszcze trudniej odpowiednią mszę. Podobno za Marburgiem będzie łatwiej...

Szybko mijamy uśpione uliczki i dochodzimy di kościoła. Jest zamknięty, chociaż dzwony biją regularnie o pełnej godzinie.

Idziemy lekko pod górę. Przechodzimy tunel pod torami kolejowymi i wychodzimy na pole. 

Teraz droga wiedzie po miedzach z typowymi prostymi kątami na zakrętach. Jakość drogi jest coraz gorsza, aż wchodzimy do lasu, gdzie ta droga się praktycznie kończy. W zasadzie na przełaj dochodzimy do szosy. Asfaltem za długo nie idziemy, bo kilka drogowskazów pokazuje wyraźnie, że szlak skręca w prawo do wieży.

Wieża jest dokładnie na szczycie wzgórza. Stąd już można iść tylko w dół. Jest trochę asfaltu i trochę lasu.

Na dole jest jakaś miejscowość, której praktycznie nie zauważamy. Zaraz za nią zaczyna się szosa ze ścieżką rowerową. Wchodzimy w las. Jest tam jakiś ośrodek, małe jeziorko i kilka zaparkowanych samochodów. Wąska dróżka wychodzi w końcu na parking przy jakimś szpitalu. Dopiero tu, po prawie dziewięciu kilometrach) spotykamy pierwszych ludzi -- idą do szpitala. Zaraz potem zaczyna się coś większego. Wchodzimy w kolejną miejscowość jakby wziętą z baśni braci Grimm. 

Ziegenheim -- tak nazywa się ta miejscowość. Jest otwarta kawiarnia. Zatrzymujemy się na kawę i lody. Upał daje się coraz bardziej we znaki.

Po wyjściu z kawiarni obserwujemy jakieś więzienie oraz fort. Ciekawostką jest, że ocalała tu cała fosa. W Polsce jest wiele miast z pierścieniem murów miejskich, ale fosy z wodą dookoła starego miasta to jeszcze nie widziałem.

Po opuszczeniu fortu i przejściu rzeki Schwalm, weszliśmy na wał powodziowy i tu słońce dało nam do wiwatu. W sumie to były raptem 3 kilometry, ale ciągnęły się one niemiłosiernie.

W końcu doszliśmy do mostu. Nie, żeby to oznaczało koniec upałów, czy też etapu. Po prostu -- było to coś innego niż długi, bezdrzewny wał przeciwpowodziowy. A i cienia trochę załapaliśmy. Dość stromym chodnikiem dochodzimy do ruin jakiegoś kościoła. Dokładnie, to Świętego Marcina. Tu chwilę odpoczywamy.

Przy ruinach jest też punkt widokowy z piękną panoramą malowniczych miejscowości.

Opuszczamy ruiny by ruszyć w dół, a następnie znów pod górę. 

Okazuje się, że droga kręciła się po miejscowości nie tylko w kierunku pionowym (góra - dół), ale zrobiliśmy też całkiem spory klin, żeby przejść najpierw obok ruin, a potem przy jakimś kompleksie klasztornym. Po drodze minęliśmy tablicę z kierunkiem na Marburg.

Jeszce jeden klin, tym razem do Diakonii (nie wiem jakiej, ale już wyczerpałem limit użycia słowa "jakaś"). Tradycyjnie, z miejscowości wychodzimy wzdłóż drogi, ale zaraz po minięciu tablicy końcowej schodzimy na pola. W końcu jest też trochę lasu. 

W przeciwieństwie do Branderburgii i wcześniej, Polski, nie było zbyt dużo lasów w Turyngii, czy w Hesji. W Turyngii, to jeszcze były te zadrzewione alejki, co dawały cień, ale Hesja pobiła wszelkie rekordy bezdrzewności. Nawet mi się wyrwało w pewnym momencie coś w stylu: "Powycinali wszystkie lasy, a teraz nas pouczają jak chronić las."

Taką dość niewyraźną ścieżką zeszliśmy do źródełka. Miejscowi nabierali tu wodę do butli, to my też.

Stąd już szosą doszliśmy do Momberga. W zasadzie, to mieliśmy tu nocować, ale okazało się, że nie ma tu miejsc. Nasz znajomy wychowawca z kolonii w Dagobertshausen (przebrany za tygryska z Misia Puchatka) właśnie tu dzwonił i załatwił nam coś nieco dalej. W Mombergu jest kościół katolicki. Jest tabernakulum i czerwona lampka. Brakowało mi tego w kościołach ewangelickich - nie wiedziałem gdzie przyklęknąć, czy też się ukłonić.

Z Momburga ruszyliśmy od razu uliczkami i wyszliśmy do lasu. Skończył się on szybko i znów mieliśmy długie proste przez pole. W pewnym momencie znaleźliśmy ławkę - nie dość, że w cieniu, to jeszcze z pięknymi widokami na okolicę.

Znów mieliśmy długą prostą przez pole, po której weszliśmy do wioski, gdzie rozgrywany był mecz piłkarski. Nie wiem która to była liga, ale poziom meczu był na poziomie naszej klasy okręgowej. Ktoś przez megafon powiedział, że turyści idą. Stąd poszliśmy już wg mapy, bez śladu do miejsca zaklepanego przez "Tygryska". Trafiliśmy idealnie. Dostaliśmy pokój Miki Mouse.

Cena: 30 euro od osoby. Nawet "Tygryskowi" wydawała się wysoka. No cóż, normalna agroturystyka...


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 20.10.2018 16:29
11 sierpnia 2018: Dagobertshausen -- Spieskappel

Jest zimno. Startujemy bardzo późno (jak na nas), około ósmej. 

Najpierw idziemy pod górę skrajem lasu. Jak zwykle, omijamy wszelkie skupiska drzew, ale dziś średnio mi na tym zależy. No chyba, że weźmiemy pod uwagę silny wiatr, który może być nieco denerwujący. Mijamy autostradę nr 7 -- trzy zatłoczone pasy w każdą stronę. Zaczyna padać deszcz. 

W sumie, to długo nie popadało, bo wiatr skutecznie rozwiał chmury. Idziemy teraz w dół do dwóch miejscowości. W obydwu są otwarte kościoły. Stawiamy teraz więcej pieczątek, żeby nie pozostawić zbyt wielu wolnych pól i na przyszły rok mieć już nowy paszport.

Teraz pod górę i przez las. Minęliśmy kilka ogłoszeń dla myśliwych i zaporę. Ale szlak pokazuje jasno. Jest wciąż zimno. Wychodzimy na szosę i szosą, znaczy ścieżką obok szosy i trochę na przełaj idziemy w dół. We wsi, w dole, odpoczywamy na przystanku. Za wioską znowu idziemy w górę, Na samym szczycie jest lotnisko. Jakiś samolot startuje.

Stąd w dół, trochę lasem, trochę polem. W końcu wychodzimy na pola i juz tak zostaje. Mijamy górę, którą podziwialiśmy od dłuższego czasu i wchodzimy do Homberga. Jest to kolejne malownicze miasteczko z typowo Hesskim rynkiem. Do tutejszych domków jak z bajek na programie 4, to w sumie już przywykliśmy.

Po wyjściu z Homberga weszliśmy na otwarte pola. Przez jakiś czas szliśmy wzdłóż nieczynnego nasypu kolejowego. Potem weszliśmy w tereny rekreacyjne: najpierw był kamping w szczerym polu na patelni -- zastanawialiśmy się kto tu w ogóle chce obozować, ale za kampingiem zaczęły się jakieś drogowskazy na park linowy, plażę i tym podobne. W końcu znaleźliśmy i tablicę informacyjną: jesteśmy nad jeziorem Silbersee. Po opuszczeniu parkingów i innych miejsc rekreacyjnych, ścieżką dla rowerów i pieszych dotarliśmy do Frielendorfu. Tu mieliśmy dużo czasu. Zjedliśmy, zrobiliśmy zakupy i jeszcze została pełna godzina do mszy.

No tak, to była sobota. Usiedliśmy na ławce pod kościołem i monitoring sąsiedzki zaczął działać. Najpierw gospodyni z naprzeciwka, potem kolejni przyjeżdżający samochodami lub przychodzący pieszo pytali nas, co tu robimy i cośmy za jedni. W końcu zaczęła się msza. Kapłan, który odprawiał, był Polakiem: Florian Wieczorek, ale wszystko było po niemiecku. Po mszy wielu parafian pytało nas dokąd dziś idziemy. Zostało niewiele -- niecałe dwa kilometry. Poszło bez problemów. Schronisko było na plebanii pastora.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 19.10.2018 09:32
10 sierpnia 2018: Schemmen -- Dagobertshausen

Nad boiskiem i całym Schemmen pojawiły się czarne chmury tak, że wydawało się, że jest już ciemno. W okolicznych domach paliło sie światło. Wydawało się, że mamy już późny wieczór a tymczasem nie było jeszcze nawet siedemnastej. Wtuliłem się w śpiwór i zamknąłem oczy. Było jednak mocno za wcześnie na sen. Boisko, oprócz wiat, mialo jeszcze budkę, w której pewnie rozkłada się kiosk z frytkami, kiedy jest jakaś impreza. W każdym razie na obitych blachą półkach było pełno tłuszczu. Burza otworzyła drzwi do kuchni, czy też pokoju socjalnego, gdzie stały skrzynki z napojami. Około godziny dziewiętnastej, burza ustała, znaczy coś tam jeszcze popadywało, ale niebo rozjaśniło się i wiał dość silny wiatr, który przeganiał chmury.

Nagle, do naszej wiaty podjechał samochód -- monitoring sąsiedzki działa -- w końcu, to środek wioski, a my siedzimy w tej wiacie już dobre dwie godziny.  Okazało się, że zajechał President klubu -- jak się przedstawił. trochę po niemiecku, trochę po angielsku wyszło, ze możemy tu zostać, ale wiata jest niewygodna, więc lepiej jeśli sie przeniesiemy do budki z hamburgerami. Dodatkowo otworzył nam łazienkę, a właściwie toaletę z umywalką, żebyśmy korzystali z niej i nie szukali strumyków do umycia się. No i na koniec: Jeśliby ktoś się spytał co tu robicie, to powiedzcie, że prezydent klubu wam pozwolił. No i pojechał, a my zaczęliśmy normalne czynności wieczorne.

Jak widać (zdjęcie po prawej) nasza budka - sypialnia miała ściany jakieś 15 centymetrów nad podłogą. Więc jak się położyłem, to trochę wiało. Przez otwór drzwiowy widziałem, jak w gospodarstwie obok zaczynają imprezę -- no cóż, jeszcze nie było nawet dwudziestej, w domu pewnie wciąż gorąco, a na zewnątrz całkiem przyjemnie. Jeszcze porozmawialiśmy na temat dalszych etapów, a głównie noclegów. W dalszym ciągu nie mieliśmy zarezerwowanego następnego noclegu, który miał być w przyczepie kampingowej -- tylko dwa miejsca. Co prawda, na całej Elizabeth Pfadf spotkaliśmy tylko jednego pielgrzyma, ale rowerzystów było sporo. 

Być może to betonowa podłoga, być może wiatr wiejący prosto w głowę, ale podniosło nas bladym świtem już o 5:30 i ruszyliśmy w drogę rekordowo wcześnie -- o 6:15. Schemmen okazało się typową ulicówką -- bardzo długą z dużymi przerwami. Oglądaliśmy z zainteresowaniem każdą stodołę lub wiatę. Stodoły były zamknięte na kłódkę i ogrodzone, a wiata przystankowa była zajęta przez kogoś, kto czekał chyba na autobus. 

Kościół znajduje się na wzgórzu -- otwarty i oznaczony jako otwarty. Przybiliśmy pieczątki. Kolorowe wstążki i udekorowany samochód wskazywał, że wczoraj było, albo dziś ma być wesele -- dlatego nie było miejsca dla nas. Pastor, chyba nawet wspominał, że ma Hochzeit i akurat ten dzień mu nie pasuje. 

Kościół w zasadzie kończył wioskę. Zaraz wyszliśmy na pole i zaczęliśmy się wspinać ku lasowi na wzgórzu. Zastanawiałem się, jak ta droga ominie las, bo jak dotąd robiła to skutecznie. Po kilkuset metrach okazało się jednak, że lasu nie da się ominąć!

Po raz pierwszy szedłem w polarze, który do tej pory używałem tylko jako poduszki. Odpoczywaliśmy gdzieś na samej górze na wygodnej ławce, w lesie.

Dalsza droga wiodła tam, gdzie ten znak na zdjęciu. Mokra trawa nieszczególnie mi przeszkadzała. Zresztą, chwilę później ścieżka stała się mniej zarośnięta i stromsza. Po wyjściu na pole, przywitał nas silny i zimny wiatr. Gdzieś około godziny 11 zaczęło się robić normalnie, znaczy ciepło. Chwilę później już był upał.

Szukamy jakiejś kawiarni albo Baeckerei, bo czas na kawę. Przy okazji, trzeba podzwonić w sprawie kolejnych noclegów. Dziś -- przyczepa kampingowa -- ktoś podaje jakiś numer, za szybko jak na nas. Jutro -- udało się, pojutrze -- nie ma miejsc.

W końcu decydujemy się na telefon do znajomej, co studiuje w Niemczech. Pierwsze wrażenie: co się stało? Wszystko w porządku? Po wyjaśnieniu sprawy, kończymy rozmowę. Znajoma po chwili oddzwania i podaje tajemniczy numer. Dzwonię, udało się, mamy dziś nocleg.

Idziemy wzdłóż miasteczka długą, prostą ulicą. Ulica zmienia się w szosę, którą my opuszczamy, ktoś spaceruje z psem i rozmawia przez telefon -- po polsku. Droga idzie mniej więcej równolegle do szosy. Przez dłuższą chwilę podziwiamy wysoki most nad dolina i przemykające po nim pociągi. Zaraz za mostem droga zamienia się w dróżkę, która wspina się stromym zboczem do szerokiej szosy z dużą liczbą dużych ciężarówek. Po lewej i po prawej mamy płoty, więc ciężarówki stanowią pewne utrudnienie. Z prawej ukazują się hale fabryczne i parkingi piętrowe. W końcu pojawia się też duży, zielony napis B. Braun. Co to jest? Kojarzy mi się z maszynkami do golenia. Jest za ciepło, żeby bawić się telefonem w poszukiwaniu. 

Zaraz za fabryką przecinamy szosę i idziemy w dół, a tu... jajkomat -- automat z jajami. Jeszcze czegoś takiego nie widziałem.

Asfaltowa ścieżka wije się nad rzeczką, by w końcu ją przeciąć. Nie mam pojęcia, o co chodzi na tych znakach. Za mostem znajdujemy Turka, gdzie zjadamy kebab, a potem okazuje się, że szlak idzie jakoś tak dookoła, że w poszukiwaniu sklepu trafiamy znowu koło Turka.

Ale po drodze spotykamy Stettiner Strasse, to chyba idziemy po dobrej drodze.

W końcu dochodzimy do kościoła w Dagobertshausen. Schronisko - przyczepę znajdujemy dość prędko. Okazuje się, że obok jest kolonia. Jednego z opiekunów, prosimy, aby zadzwonił do tego miejsca, gdzie nie ma miejsc i spróbował namówić gospodarzy, zeby poszukali czegoś dla nas. Rozmawiał dość długo, potem jeszcze gdzieś dzwonił, ale załatwił. Okazało się, że chłopak też chodził na Camino, po Francji.

W przyczepie był mały zlew, a obok niego dozownik na mydło z zielonym napisem B. Braun. no i wszystko jasne...


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 18.10.2018 20:25
9 sierpnia 2018: Netra -- Schemmen

Okazało się, że wraz z nami, u pani Annelise nocował inny pielgrzym, który wyruszył na trasę zanim my się obudziliśmy. Spotkaliśmy go później na trasie, bo miał on tempo marszu znacznie wolniejsze od naszego. A tak jeszcze, przeglądając księgę gości, znaleźliśmy też wpis od Michała Kamińskiego, który też tam nocował robiąc Camino jako trening przed zdobyciem biegunów.

Kawa była przed śniadaniem. Po śniadaniu ruszyliśmy i zrobiła się 7:30. Szybko minęliśmy Netrę i wyszliśmy na pola. O godzinie ósmej zacząłem czuć palące słońce. Od tej pory zaczęło być coraz goręcej. 

Szlak unika nie tylko lasów ale nawet alejek wysadzanych drzewami. Idziemy szeroką doliną, od czasu do czasu mijając główną szosę. Co gorsza, humor nie dopisuje, bo idziemy w ciemno: po raz pierwszy nie mamy noclegu. Nie chodzi tu o opcję A, czy B. Po prostu nie mamy pojęcia, gdzie będziemy nocować -- pastor w Waldkapell nie odpowiada na telefon, a pastor w Schemmen jasno stwierdził, że nie ma miejsc. 

Idziemy po asfalcie jak dwa skwarki na patelni. Mijamy budowę autostrady manewrując między maszynami, rusztowaniami i niwelatorami. Zaraz potem wchodzimy w jakąś miejscowość, która okaże się charakterystyczna dla Hesji: ryglowa zabudowa, w różnych kolorach, jak w adaptacjach bajek Grimmów na kanale IV.

Na Via Regii, gdy szliśmy przez byłe NRD, kościoły luterańskie były, generalnie nieczynne i dlatego przerobiono je na schroniska. Tu, w Hesji na Elizabeth Pfadf, kościoły były czynne i znaczki Herberge zostały zastąpione przez Geoeffenet Kirche. Weszliśmy do większości z nich, korzystając z pieczątek i chwili chłodu oraz ciszy. 

W pełnym skwarze doszliśmy do Waldkapell i zbaczając nieco z trasy, poszliśmy na zakupy. Mocno zaskoczyły nas puste półki w sklepie. Prawdopodobnie trafiliśmy na przemeblowanie. Picie, sałatki, coś do chleba i chleb -- w końcu znaleźliśmy.

Niektórzy twierdzą, że wieczorną burzę można łatwo przewidzieć już z rana. Ja nie mam tych zdolności, ale czułem, że jest parno i gorąco i chyba była to najbardziej gorąca pogoda na naszej pielgrzymce. 

Za Waldkapell weszliśmy w ocienione alejki, a i niebo się zachmurzyło. Znalazło się też parę drzew, czyli namiastka lasu. Ale teraz, to już nie było czy będzie padać, ale, czy coś znajdziemy żeby się schować. Oglądaliśmy każdą szopę, na mapie poglądowej zobaczyłem wieżę widokową -- niestety, daleko poza trasą. Koło kolejnej miejscowości zobaczyłem drogowskaz Pilgerruhe, czy coś w tym rodzaju. Spodziewałem się wiaty, czy budki, ale to był tylko stolik z dwiema ławkami. Obok w strumyku, ktoś chłodził piwo. Spadły pierwsze krople deszczu -- idziemy dalej, Jakubie prowadź. Jakub wstrzymał deszcz. W sumie nie zmokliśmy. Doszliśmy do Schemmen i na wejściu dostrzegliśmy boisko i wiatę. Zaplecze techniczne było zamknięte. Usiedliśmy, a w zasadzie rozłożyliśmy się w wiacie i wtedy zerwał się ostry, gwałtowny wiatr. Leciały połamane gałęzie a wiatą rzucało we wszystkie strony. Zaczął padać deszcz, a w zasadzie to nie padać tylko porządnie lać.

Siedzimy w wiacie, pada na nas...


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 15.10.2018 20:42
8 sierpnia 2018: Eisenach -- Netra

Dzień zaczął się pochmurnie i chłodno. Oczywięcie, te 20 stopni i tak było, ale nie mieliśmy słońca na cały regulator. Ruszyliśmy pustymi ulicami Eisenach.

Przeszliśmy wąskie uliczki, deptak oraz plac przed kościołem. Tu pożegnaliśmy Via Regię i weszliśmy na Elizabeth Padf. Nasza droga weszła w głęboką dolinę i podążała prawym brzegiem rzeki Hoersel. W zasadzie była to wyasfaltowana droga dla rowerów, ale rowerzyści chyba się jeszcze nie obudzili. 

Minęliśmy zakłady Opla i wspięliśmy się na zbocze doliny. Asfalt się skończył. Tu zaczęliśmy podziwiać wysoki most przecinający dolinę. W miejscowości Hoerschel, koło mostu spotkaliśmy pierwszych rowerzystów. Po minięciu mostu przeszliśmy rzekę Hoersel i ruszyliśmy wzdłóż rzeki Werra. Szlak zmierzał wzdłóż tej rzeki do miejscowości Creuzburg, a następnie wracał. W każdym razie droga robiła dość długi klin. Dlatego zdecydowaliśmy się przejść Werrę i skrócić drogę przez pole. Jak tylko weszliśmy na pole, wszystkie chmury poznikały, a słońce dawało pełne 40 stopni albo więcej. Z rozległego pola podziwiałem Creuzburg oraz odległe zalesione wzgórza. Trochę cienia znaleźliśmy nad rzeką, mniej więcej w miejscu, gdzie szlak Elżbiety wracał na naszą drogę. Potem dowiedziałem się, że mnóstwo pielgrzymów skraca drogę przez to pole.

Chwilę później weszliśmy na drogę polną, gdzie, dosłownie, wpadliśmy w piasek po kostki. A to za sprawą wywrotek, które wywoziły ziemię na pola, robiąc przy tym mnóstwo kurzu. Jedna z nich minęła nas trzy razy i dwa razy wyprzedziła.   

Przez cały etap wypatrywałem pozostałości po żelaznej kurtynie, ale po trzydziestu latach, linia została już tylko na mapie. Jest to teraz granica między Turyngią i Hesją. Gdzie dokładnie? - nie mam pojęcia. Być może ta piramida, to słup graniczny.

Być może granica między landami była tam, gdzie zaczął się asfalt. Inna sprawa, to asfalt ten pamiętał chyba jeszcze czasy NRD. Po przejściu miejscowości Luederbach i zwiedzeniu kościoła na wzgórzu, widzieliśmy Netrę, czyli dzisiejszy cel.

Tu, dość szybko znaleźliśmy dom Pilgerraest, gdzie zostaliśmy powitani wręcz z otwartymi ramionami przez panią gospodynię. Od razu zaproponowano nam kawę, kolację, herbatę, piwo, co jeszcze podać, posiedźcie z nami. Nitka z igłą? -- proszę. Do tego, duża porcja niemieckiego, bo pani gospodyni  musiała cały czas rozmawiać. Na którą śniadanie? Kawa po śniadaniu, czy przed? Jajecznica ok? Jajka miejscowe, nie z Netto...


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 09.10.2018 11:17
7 sierpnia 2018: Gotha West -- Eisenach

Spało się całkiem dobrze, chociaż w środku nocy musiałem się posiłkować latarką, żeby trafić do toalety. Piwnica była chłodna, ale też i ciemna. Niewątpliwą zaletą wczesnego przyjścia była możliwość wyprania się i wysuszenia - do dyspozycji mieliśmy pralkę.

Ruszyliśmy bardzo wcześnie. Jak zwykle, łapiąc trochę chłodu. Ślad GPS straszył mocnym podejściem w połowie drogi, czyli na Anioł Pański. W zasadzie, to nie było widać miasta. Weszliśmy od razu w krzaki i w tych krzakach, ukryta ścieżką mieliśmy pierwsze podejście. W sumie nie było ono zauważalne. Szedłem zgięty wpół, żeby nie zaczepiać twarzą o zarośla.

Po przejściu krzaków, wyszliśmy na płaskowyż. Było tam dużo dróg betonowych wiodących niewiadomo dokąd. Przypominało to okolice Bornego Sulinowa. Być może tu też był poligon. Rozległe pola leżały odłogiem a od czasu do czasu rzucały się w oczy jakieś betonowe klocki. Szlak zmierzał zdecydowanie na zachód. W końcu wyszliśmy też na pola. Droga, tym razem poszła po miedzach idąc zakosami.

Zeszliśmy w dół do autostrady. Tu zdecydowaliśmy się na postój. Było chłodno, nad stawem i do dyspozycji mieliśmy ławkę. Korzystając z przyjemnego miejsca, dzwonimy do Eisenach - nocleg zaklepany (wcześniej próbowałem kilka razy, ale nikt nie odbierał). Po Eisenach planujemy wejście na Elizabeth Pfadt do Marburga. I tu się zaczęły schody z noclegami: albo nikt nie odpowiada, albo nie ma miejsc. No cóż, odpadły dwie najlepsze koncepcje przejścia. Trzeba było improwizować. Ale póki co ruszamy pod górę. 

Przy wejściu do lasu, jeszcze bierzemy oddech, no i zaczyna się pierwsze uczciwe podejście. Na szczęście idziemy lasem, bez owadów, ale i tak spłynąłem potem całkowicie. W sumie to było raptem 165 m różnicy wysokości na odcinku niecałych dwóch kilometrów. Ale wcześniej (ani później, do Marburga) już takich podejść nie było. 

Po pokonaniu zbocza, szliśmy grzbietem wzniesienia podziwiając widoki lub też zanurzając się w zarośla. Punkty widokowe umieszczone były nad skalnym urwiskiem. W skale gniazda miały sokoły - sporo ich tam fruwało.

Po 4 i pół kilometra, grzbiet się urwał i szlak zafundował nam ostre zejście - 200 metrów w dół na odcinku półtora kilometra. Dodatkowo, zejście było w pełnym słońcu. Z ulgą powitaliśmy most nad rzeczką, w której zimnej wodzie moczyłem nogi - aż kostki bolały z zimna.

Teraz to już tylko wzdłóż toru do Eisenach. Jak na miasto wartburgów, wydało mi się małe, ale za to malownicze. Po przekroczeniu bramy miasta dochodzimy do kompleksu klasztornego, gdzie na recepcji mają już nasze nazwiska. Po wpłaceniu 5 euro od osoby, dostajemy łóżka w pokoju, gdzie już ktoś jest. Na nasze Guten Morgen, odpowiada, Można mówić po polsku, Czarek jestem.

Czarek zamierzał dojść w tym roku do samego Santiago. Jeśli wszystko dobrze idzie, jest w tej chwili gdzieś w środkowej Francji. I gdzieś w tym zamieszaniu zapodziała się moja szczotka do włosów - byłem jedynym, co potrzebował tego przyrządu. Szukałem dość długo i nawet przemierzyłem budynek do recepcji w poszukowaniu szczotki. W końcu modlitwa do Świętego Antoniego pomogła - szczotka była dokładnie w swoim miejscu w plecaku. Jak to jest, że wcześniej przeszukałem cały plecak dwa razy i nie znalazłem...

I jeszcze na koniec dnia udaje się załatwić nocleg w Netrze -- tu już inny Święty zadziałał -- podejrzewam Ignacego Lojolę, ale pewnie Jakub mu pomagał - modliliśmy się do obu.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 07.10.2018 14:55
6 sierpnia 2018: Schmira -- Gotha West

To już dwudziesty etap. Szacując lekko, jesteśmy 600 kilometrów od Szczecina. No, poprawka, będziemy pod wieczór. Zbieramy się w miarę szybko: małe śniadanko, pakowanie, herbatka. Tak wygląda mniej-więcej każdy poranek. Dziś odstąpiliśmy naszej koleżance wygodny pokój z łóżkiem, a sami położyliśmy się na podłodze między ławkami. W sumie, pomimo twardej podłogi, całkiem dobrze mi się spało.

Na początku, słońce było na tyle nisko, że drzewa i budynki dawały długie cienie. Korzystaliśmy z przyjemnego chłodu, który systematycznie mijał. Na niebie nie było żadnej chmury. Po wyjściu ze Schmiry ruszyliśmy polami.

Lasy, jak zwykle, mogliśmy podziwiać w oddali. Gdzieś na takiej długiej prostej, wyprzedziła nas nasza znajoma na rowerze. Chyba akurat odmawialiśmy różaniec -- dała sygnał dzwonkiem i przejechała między nami. Miała jeszcze kilkanaście dni urlopu i nadzieję, że dojedzie do Paryża.

A my idziemy w pełnym słońcu. Zbliża się południe. Alejki, a w zasadzie drzewa, którymi są one wysadzone, dają nieco cienia. Wkraczamy do Tuettenleben. Chwilę później mamy trochę lasu. Potem kilometr w pełnym słońcu i wchodzimy do Gothy. 

Napisy na drogowskazach są sprzeczne: raz jest bliżej 3000km, a raz bbliżej 2000. I tak jest do przejścia więcej niż 2018km, a bardziej doskwiera mi upał niż odległość. Na ulicach szukam cienia. W końcu zatrzymujemy się w jakimś barze i serwujemy sobie po wurście. 

Chwilę po posiłku wchodzimy w ogrody. W sumie to niewiele wiedziałem o niemieckich miastach a o takich jak Gotha to zwykle się dowiaduję, że coś takiego jest dopiero jak tam jestem. W każdym razie jest to miejscowość, którą warto zobaczyć. Same ogrody zapierają dech w piersiach, a oprócz tego jest jeszcze zamek, charakterystyczny pochyły rynek ze sztucznym wodospadem pośrodku, dom Cranacha - słynnego malarza, którego obrazy można znaleźć na ołtarzach w kościołach Pomorza Zachodniego. A do tego jeszcze malownicze uliczki.

No cóż, pozostało jeszcze dojście do noclegu. Wcześniej się zameldowaliśmy i idziemy jak po sznurku. Dochodzimy dokładnie o 15.00. Nocujemy w najchłodniejszym miejscu podczas całej naszej dwu-tygodniowej podróży. Jest to głęboka piwnica pod domem modlitwy, a pani pastor nazywa się Bischop (przez chwilę myśleliśmy, że nocujemy u biskupa, ale obrazki i ogłoszenia wyprowadziły nas z błędu).


Dodaj komentarz »

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Autor: Grzegorz Szkibiel
Ostatni wpis: 01.11.2018 10:40
Odwiedziny: 12421 (od 24.04.2017)