Camino de Santiago

Matka i córka na Camino da Costa

09/2018
Matka i córka na Camino da Costa

Dominika Hanusek Hanusek :: 24.09.2018 23:21
This is the end, but never give up!!

I jest!!! Po 10 dniach nieustannej wędrówki przez miasta, miasteczka, pośród pól, lasów i plaż, poznając kolejnych współtowarzyszy, wszyscy razem dzisiaj dotarliśmy do celu (no może babeczki od soku z gumijagód doszły wcześniej), czyli Santiago de Compostela, znanego grobu św. Jakuba, gdzie łączą się wszystkie szlaki Camino. 

Ostatni etap to oczekiwanie w 2h kolejce, aby zebrać ostatnią, najważniejszą pieczątkę i odebrać certyfikat przebycia 280 km pieszo. Czas na bilans zysków i strat, straty to: banan, para majtek, koszulka i kapelusz, ale to nic w obliczj zysków, i tu drobna refleksja. 

Po co w ogóle iść?

Powody, dla których ludzie z całego świata się na to decydują są różne, id matrymonialnych (jak Brazylijczycy), aż do najbardziej religijnych (patrz Australijki). Jednak najważniejsze w tym jest to, aby po prostu iść przed siebie. 

Camino to po hiszpańsku droga. Jest wyjątkowa, bo symbolizuje życie człowieka. Kiedy jest pod górkę, zaraz będzie z górki, gdy upał niemiłosierny i słońce grzeje, zza rogiem ujrzysz skrawek cienia, po ciemnej nocy, zawsze nastaje dzień, a zza chmur wychodzi słońce. Chodzi o to by się nie poddawać, nieważne jak jest bierzesz plecak i idziesz dalej. Na camino zawsze dostajesz to, czego akurat w danym momencie Ci potrzeba, nawet jeśli jeszcze o tym nie wiesz. Idziesz i z każdym kilometrem zbliżasz się do celu, raz szybciej, raz całkiem powoli. 

Kiedyś w końcu dochodzisz do skrzyżowania, stojąc na rozdrożu, zastanawiasz się którędy iść, i wtedy gdzieś znajduje się ta "żółta strzałka" wskazująca właściwy kierunek. 

Ludzie których spotykasz zmieniają się, jedni zostają z Tobą dłużej, inni juz po chwili znikają. A prawdziwi przyjaciele podążają razem z Tobą, pomimo złej pogody, nawet wtedy, gdy Twoja droga jest wyboista. 

Kolejnym symbolem jest plecak. To wszystko to, co musisz ze sobą dźwigać, Twoje zmartwienia, problemy i troski. Na początku, kiedy go zakładasz, jest ciężki, masz wrażenie, że nie dasz rady go unieść, ale z czasem wydaje Ci się jakby nic ważył. 

Zwyczajne maszerowanie daje Ci możliwość zastanowienia się nad samym sobą, wówczas znajdujesz swój własny cel i powód wędrówki. Dzięki temu możesz spojrzeć na  swoje życie z dystansu. 

Camino to nie tylko pielgrzymkowy szlak, ale dużo więcej :)

P.S. Dziękujemy wszystkim za pomoc i wsparcie. W szczególności tym, którzy pożyczyli nam niezbędne rzeczy, wszystko się przydało. 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 23.09.2018 22:49
Bądź szczęśliwy i dawaj szczęście innym !!!

Kazali wziąć czołówki, więc spakowałyśmy. Taszczymy je już 9 dzień, zastanawiając się właściwie po co?? No i dzisiaj mamy odpowiedź. Wyszłyśmy z naszej albergue jeszcze przed świtem, było ciemno, ale cóż idziemy, narazie przez oświetlone miasto. Ale miasto się skończyło i weszłyśmy w jeszcze ciemniejszy las. Jakby spojrzeć z daleka wydaje się to idiotyczne: cztery kobitki (my z Kandyjką i Angielką, którą spotkałyśmy) same w gęstym dębowym lesie, z latarkami na głowach, w ciemną noc szukają żółtych strzałek, ale pewnie jest w tym jakiś cel. 

Nasz cel na dzisiaj to przybyć jako pierwsze do klasztoru franciszkanów. Tylko pierwsze 30 osób może tam nocować (tzw. Donativo, czyli płacisz wedle uznania), więc było o co walczyć. Niestety furta otwierana jest dopiero o 16, więc 2 godziny czekałyśmy przed wejściem, ale się udało. Nasze lokum to franciszkańska prostota, tym razem jednak, zamiast kuszetki pociągowej mamy coś w rodzaju celi więziennej, ale jest czysto i całkiem wygodnie. Miejsce piękne, ale podobno śpimy na dawnym cmentarzu (Buuu..., będzie strasznie) 

W programie przewidziano zwiedzanie klasztoru, mszę z błogosławieństwem dla pielgrzymów (i uroczym dyplomem, jacy to jesteśmy fajni, że już tyle przeszliśmy)  oraz wspólną kolację, a jutro wspólne śniadanie. 

Z aktualności na temat współtowarzyszy, siedzimy sobie na dziedzińcu, a tu wchodzą czerwone buty poznane w pierwszym dniu, już wiemy jak ma na imię-Marcus. Poza nim towarzystwo ubarwiają dwie babcie australijki, mała grupka Hiszpanów i mnóstwo Niemców. Zdjęcia jutro, bo tu słaby Internet (i tak dziwne, że jakiś w ogóle jest) 

P.S. uwagi praktyczne: miejsce noclegu to klasztor franciszkanów w Herbon, niedaleko Padron. Polecamy!!! 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 22.09.2018 23:34
Galicyjskie słońce i winne krzewy

Dzisiaj wyruszyłyśmy bladym świtem, w domu wszyscy jeszcze smacznie spali, ale śniadanie i tak czekało na nas w kuchni. Po krótkim marszu, opuszczamy urokliwe miasteczko Pontevedra, a tu za rogiem czeka na nas stary znajomy spotkany jeszcze w Portugalii.... Italiano, a któż by inny. Prawie go nie poznałyśmy bez plecaka, który postanowił oddać do "luggage taxi", czyli taksówki na bagaż, polega to na tym, że Ty idziesz dwadzieścia kilometrów w upale, a Twój plecak za 5 euro jedzie klimatyzowaną taksówką. 

Dzisiejszy etap wybitnie długi, ale wszyscy pomimo upału się nie poddawali. Kanadyjka, pomimo tego, że wyszła po nas, już na pierwszej przerwie na toaletę nas wyprzedziła i długo trzymała się w czołówce. Italiano z kolei stwierdził,  że pędzimy zbyt szybko i raczej obstawiał tyły (a szedł bez obciążenia!!), my starałyśmy się dogonić Kanadyjkę, ale finalnie przybyła do albergue przed nami. Oczywiście Italiano śpi w tej albergue co my. 

Powiadają, że camino daje Ci zawsze w danym momencie to, czego akurat potrzebujesz. Po dzisiejszym dniu stwierdzamy, że to prawda. Czując niedosyt owoców, dziś zajadałyśmy pyszne winogrona, zerwane prosto z winnego krzewu. Z kolei ostatni etap trasy to była istna droga przez mękę. Same pola i żar lał się z nieba, jedyne o czym marzyłyśmy to kąpiel w basenie. I to jest niewiarygodne, ale po dotarciu do celu, okazało się, że 100 metrów od albergue mieści się basen z wodami termalnymi, więc popołudniową sjestę spędziłyśmy tamże. Co prawda woda była tak ciepła, że pływanie przypominało raczej taplanie się w zupie aniżeli kąpiel w chłodnym basenie, ale i tak nasze marzenie się spełniło. 

Zwieńczeniem tego dnia była kolacja w lokalnej knajpce, pełnej mocno już "zintegrowanych" peregrinos z całego świata. 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 21.09.2018 23:03
Casa A Grade, czyli śpimy "u Józka"

Noc tak jak przewidywałyśmy- bezsenna, nawet różowe zatyczki do uszu nie pomogły, grała istna orkiestra chrapaczy, zgrani byli lepiej niż w NOSPR, jak jeden skończył, to drugi zaczynał. Niewyspane i wkurzone wyparowałyśmy stamtąd, aż się kurzyło. 

Darłyśmy do przodu, jakby nas ktoś gonił, wyprzedzając wszystkich. Teraz pojawiły się nowe czerwone buty, ale przystojniejsze. Babeczki od soku z gumijagód pewnie już dochodzą do Santiago, za to krąży wokół nas za to ekipa kanadyjczyków, którym wożą plecaki (to nie fair ;) ) 

Hitem dzisiejszego dnia jest nocleg, czyli gospodarstwo agroturystyczne "u Józka vel Javier'a". Niepozorny domek przy szlaku do Santiago okazał się villą z basenem. Jak tylko przyszłyśmy gospodarz Javier oprowadził nas po swoich włościach, tj. Grządkach pomidorów i winogron, zapewniał że wszystko jest eko, poczęstował swoim winem ;) Przesympatyczna żona przygotowała pyszny obiad, wszystko z produktów z ogródka! Po obiadku sjesta w hamaczku nad basenem.  Wieczorem chciałyśmy się wybrać do centrum Pontevedry, z tym że nasze lokum znajduje się poza miastem (drałować nam się nie chciało, trzeba oszczędzać nogi-wiadomo), i tu znów Javier okazał się niezawodny, podwożąc nas swoim samochodem. Po powrocie uraczył nas swoimi domowej roboty nalewkami. Poddasze dzielimy z Kanadyjką z Montrealu, też po nocnych przeżyciach, więc kolejny nocleg również zaplanowałyśmy razem, załatwił nam go oczywiście Javier (to prawdziwy nasz companieros). 

Buenos nochas !! 

P.S. nocleg: "casa a grade" polecamy !!!


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 20.09.2018 21:13
Mgliście, ale zaje..!!!

Po słonecznej środzie meldujemy się znów. Wczorajszy post powstał, ale nie wiedzieć czemu zaginął niczym moja dzisiejsza koszulka (ale o tym za chwilę). Wczoraj przemierzałyśmy hiszpańskimi plażami, podziwiając luksusowe rezydencje, co drugą chciałyśmy kupić ( A może by tak rzucić wszystko i wyjechać do Hiszpanii??)) Jedna z plaż skusiła nas, po prostu musiałyśmy wdępnąć na chwilkę, ale trochę przysnęłyśmy i teraz nosy mamy czerwone (jak Rudolf...)

 

Rano ruszyłyśmy dziarsko, ale trochę późno, znów zboczyłyśmy nieco ze szlaku, ale zaskakująco szybko dotarłyśmy na metę dzisiejszego etapu. Nowoczesna albergue w której śpimy przypomina kuszetkę pociągu (mamy przedsmak podróży koleją transsyberyjską), dwa piętrowe łóżka na dwóch metrach kwadratowych, już słychać odgłosy chrapania, a jeszcze daleko do ciszy nocnej. 

Jako że przybyłyśmy dzisiaj wcześniej, postanowiłyśmy zrobić pranie w publicznej pralni. Poszło całkiem nieźle, gdyby nie to, że gdzieś nam wsysło jedną koszulkę, ale jak to mówią "baba z wozu koniom lżej". Nie ma co płakać, poznany wcześniej Italiano, przemierza Camino po raz czwarty i nadal bierze za dużo rzeczy, więc już w połowie drogi wyrzucił sporą część swojej garderoby (jak widać to normalne- jak samemu nie wyrzucisz, to samo się zgubi) 

Jutro ciężki dzień, a przed nim jeszcze cięższa noc... Ale do celu już niewiele zostało ! 

 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 18.09.2018 23:23
Viva España !!!

Dzisiaj lazy day-zamiast chodzenia, trochę więcej jeżdżenia :) Ale za to zerwałyśmy się bladym świtem i już o 7:30 popijałyśmy kawkę w miejscowej Pastelarii (taka lokalna cukiernia), a w międzyczasie suszyło nam się pranie w publicznej pralni (po raz pierwszy korzystałyśmy z tego rodzaju wynalazku i jesteśmy zachwycone!!) Siedzimy sobie całe zadowolone, a tu...... Italiano wchodzi na śniadanko. Small talk i razem ruszyliśmy w trasę. 

Pierwszy transport odbyłyśmy pociągiem (Pendolino to, to nie było, raczej Tlk Kormoran :P, ale przybył o czasie) Potem czekała nas przeprawa promowa, i tutaj znów wyścigu czas start. Wysiadłyśmy z pociągu, kompletnie nie wiedząc dokąd pójść, skierowałyśmy się w stronę morza, i okazało się, że prom odpływa za minutę, więc puściłyśmy się  biegiem, gubiąc przy tym kapelusz.

Po kilku minutach znalazłyśmy się na drugim, już hiszpańskim brzegu!!! España powitała nas standardowo, czyli mgliście, a z powodu zmiany czasu, straciłyśmy godzinę, więc stwierdziłyśmy, że nie opłaca się dalej marszować, lepiej podjechać. 

Kolejny etap to złapanie stopa do turystycznej miejscowości Baiona. Kiedy zrezygnowane stałyśmy na wylotówce z wioski, nagle zatrzymał się biały, luksusowy opel, naszym kierowcą okazał się fantastyczny gej w żółtym sweterku. Pomimo, że mieszka na szlaku nigdy nie przebył Camino, ale po naszych krótkich opowieściach, pomyślał, że spróbuje się wybrać. 

Dzisiaj nocleg nietypowy, bo w dawnym klasztorze. Stara zabytkowa budowla, taka, pod którą zazwyczaj robimy sobie selfie, pokazała nam swoje wnętrze. 

P.S uwagi praktyczne: nocleg w Vila praia de Ancora w Quim Barreiros Albergaria, trochę drożej, ale warunki dużo lepsze niż w schronisku młodzieżowym, do którego idą wszyscy, bo tutaj nie ma albergue. Aby dojść do Vila Praia de Ancora lepiej w Carreço zboczyć nad samo morze i iść brzegiem, jest płasko i piękne widoki. Z Vila Praia de Ancora najlepiej wydostać się pociągiem. W caminha najszybciej przeprawimy się na drugą stronę rzeki promem (kursuje o każdej pełnej, ale nie w pon)

W Baiona nie ma albergue, a za łóżko w pokoju 16-20 os trzeba liczyć 15 € (bez śniadania, ze wspólną łazienką ofc), lepiej poszukać hotelu, albo pensjonatu, można znaleźć dużo lepsze warunki, a cena ta sama. Polecamy też nocleg w A Ramallosa (5km dalej) w klasztorze Damas Apostolicas, ale nie można rezerwować, trzeba przyjść- cena ta sama, ale pokoje 1 lub 2 os. 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 18.09.2018 00:25
Caracol, peregrinos et buon camino :)

Generalnie w Camino chodzi o to, żeby szukać żółtych strzałek z muszlą św. Jakuba, trochę jak taka gra w podchody, z tym że nie po ogródku, ale po całej Europie. Kiedy nie wiesz gdzie iść, po prostu wypatrujesz żółtej strzałki, a jak już ją znajdziesz, uradowany ruszasz dalej. W poszukiwaniu oceanu,  my dzisiaj postanowiłyśmy zboczyć ze szlaku. Znalazłyśmy ocean i nie tylko!!! Odkryłyśmy nową trasę, prowadzącą tuż nad brzegiem, wśród dzikiej roślinności i szumu fal, ale jak co dzień w gęstej mgle (mimo tego, było cudownie) 

Kolejnym nieodzownym aspektem Camino są ludzie, których spotykasz. Pierwszych pielgrzymów jakich spotkałyśmy, byli Niemcy, z których jeden idzie w charkterystycznych czerwonych butach, kolejne dwie kobitki, które odpoczywają non stop i mimo tego, ciągle są przed nami ( Piją jakiś sok z gumijagód czy co??), no i Italiano- Gian Pierro. Dołączył do nas, rownież zbaczając ze szlaku. Wspólnie i oddzielnie całą ekipą dotarliśmy do Vila Praia de Ancora (dzięki czerwonym butom, udało nam się w końcu wyprzedzić kobitki pijące sok z gumijagód, bo pokazali nam skrót przez plażę, wrażenia bezcenne).

Miejscowość urocza, ale niewielka, niestety w poniedziałki wszystko zamknięte. Jak tylko wyszłyśmy z naszej Alberginy, w poszukiwaniu restauracji, natknęłyśmy się na Italiano, który też szukał miejsca na kolację. Krążąc po miasteczku, spotkaliśmy lokalsów, którzy chętnie wskazali nam miejsce do

zjedzenia, sami zaś świętowali powrót swoich przyjaciół z Camino, biesiadując w lokalnym sklepiku. Wdępneliśmy tam na chwilę, która okazała się jednak dłuższą chwilą. W sklepiku nie było nic prócz wody, cebuli i ziemniaków, ale miejscowi poczęstowali nas hojnie, lokalnym czerwonym winem, zupą rybną i jeszcze żywymi ślimakami morskimi (wolimy nie wiedzieć co to właściwie jest, ale smakowało dobrze, wyglądało znacznie gorzej). Portugalscy rybacy, a znali francuski, o jaka niespodzianka!! Dzięki ich rekomendacji, w pobliskiej restauracji dostaliśmy najlepszego suszonego dorsza na całym portugalskim wybrzeżu.

To był niezapomniany wieczór. 

 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 18.09.2018 00:24
Caracol, peregrinos et buon camino :)

Generalnie w Camino chodzi o to, żeby szukać żółtych strzałek z muszlą św. Jakuba, trochę jak taka gra w podchody, z tym że nie po ogródku, ale po całej Europie. Kiedy nie wiesz gdzie iść, po prostu wypatrujesz żółtej strzałki, a jak już ją znajdziesz, uradowany ruszasz dalej. W poszukiwaniu oceanu,  my dzisiaj postanowiłyśmy zboczyć ze szlaku. Znalazłyśmy ocean i nie tylko!!! Odkryłyśmy nową trasę, prowadzącą tuż nad brzegiem, wśród dzikiej roślinności i szumu fal, ale jak co dzień w gęstej mgle (mimo tego, było cudownie) 

Kolejnym nieodzownym aspektem Camino są ludzie, których spotykasz. Pierwszych pielgrzymów jakich spotkałyśmy, byli Niemcy, z których jeden idzie w charkterystycznych czerwonych butach, kolejne dwie kobitki, które odpoczywają non stop i mimo tego, ciągle są przed nami ( Piją jakiś sok z gumijagód czy co??), no i Italiano- Gian Pierro. Dołączył do nas, rownież zbaczając ze szlaku. Wspólnie i oddzielnie całą ekipą dotarliśmy do Vila Praia de Ancora (dzięki czerwonym butom, udało nam się w końcu wyprzedzić kobitki pijące sok z gumijagód, bo pokazali nam skrót przez plażę, wrażenia bezcenne).

Miejscowość urocza, ale niewielka, niestety w poniedziałki wszystko zamknięte. Jak tylko wyszłyśmy z naszej Alberginy, w poszukiwaniu restauracji, natknęłyśmy się na Italiano, który też szukał miejsca na kolację. Krążąc po miasteczku, spotkaliśmy lokalsów, którzy chętnie wskazali nam miejsce do

zjedzenia, sami zaś świętowali powrót swoich przyjaciół z Camino, biesiadując w lokalnym sklepiku. Wdępneliśmy tam na chwilę, która okazała się jednak dłuższą chwilą. W sklepiku nie było nic prócz wody, cebuli i ziemniaków, ale miejscowi poczęstowali nas hojnie, lokalnym czerwonym winem, zupą rybną i jeszcze żywymi ślimakami morskimi (wolimy nie wiedzieć co to właściwie jest, ale smakowało dobrze, wyglądało znacznie gorzej). Portugalscy rybacy, a znali francuski, o jaka niespodzianka!! Dzięki ich rekomendacji, w pobliskiej restauracji dostaliśmy najlepszego suszonego dorsza na całym portugalskim wybrzeżu.

To był niezapomniany wieczór. 

 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 17.09.2018 19:15
Miało nie być pod górę!!!

Wczoraj przerwa techniczna we wpisach, ale powracamy ze zdwojoną aktywnością. Postaramy się opowiedzieć wszystko ;)

Wczorajszy dzień znów rozpoczął się mgliście (chyba już zaczynamy się przyzwyczajać), udało nam się złapać stopa do oddalonego o 7km od schroniska, w którym spałyśmy  Marinhas. Podwiózł nas miły dziadziuś podróżujący ze swoim uroczym wnuczkiem, dla którego my i nasze ogromne plecaki, stanowiliśmy nie lada atrakcję, do tego stopnia, że nie chciał nas wypuścić z samochodu (ale to dziecko ma mocny chwyt!!) 

Rozpoczęłyśmy wędrówkę... Mówili, że nadmorska trasa, mówili, że ciągle po płaskim, a tu góra za górą, oceanu ni ma. Teren raczej przypominał amazońską dżunglę aniżeli portugalskie wybrzeże. Natomiast finał trasy w wielkim stylu!! Wejście do miasta Viana do Castelo przywitało nas z daleka niepozornie wyglądającym mostem. Jednak most zdawał się nie mieć końca, chodnik na pół osoby, a tuż obok jadące z zabójczą prędkością samochody-wystarczył jeden niewłaściwy ruch i już po nas. 

Jako że była niedziela, należało iść do kościoła, więc zamiast leżenia na hamaczku (tak, pomimo tego że nocowałyśmy w schronisku, hamaczek był, pokój z widokiem na może też), zadanie znaleźć kościół z mszą. Pierwsze podejście: nie było mszy, drugie podejście: nie było wejścia, wszystko zamknięte, trzecie podejście: to co miało być kościołem okazało się jakimś domem zakonnym, dopiero za czwartym razem: bingo (to tak jakbyśmy miały mało chodzenia ) 

Za to kolacja przepyszna, zwieńczona kieliszeczkiem lokalnego porto, stąd ta przerwa techniczna....

 

P.S uwagi praktyczne dla przyszłych peregrinos: miejsce noclegu w Fao: Pousada de Juvenitas- czysto, schludnie, 4-os pokoje z łóżkami piętrowymi. Przy wyjściu z Marinhas dużo kafejek, trzeba zaopatrzyć się w wodę, bo potem nic nie ma i do samego Viana do Castelo, teren górzysty. Na menu peregrinos też nie ma co liczyć przed Viana do Castelo 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 15.09.2018 23:05
Portugalia express

Prawdziwy pielgrzym wyrusza przed wschodem słońca, my niestety przespałyśmy wschód słońca i wyszłyśmy dopiero o 8:20. Wychodząc Kasia już zapomniała w którą stronę mamy skręcić, chociaż Pani w recepcji zapewniała, że dotrseć na szlak, to super easy. Przyjęłyśmy za to zawrotne tempo, i już po dwóch godzinach marszu, byłyśmy prawie w połowie drogi, i to bez śniadania (bo nie mogłyśmy się zdecydować gdzie go zjeść, gdyż wszędzie było przepięknie)

Dreptałyśmy wzdłuż pięknego nadbrzeża, po drewnianych pomostach, wsłuchując się w szum fal oceanu, którego niestety nie było widać, z powodu mgły gęstej jak mleko (czyżbyśmy już doszły do Irlandii??)

Jak to w wyścigu bywa, wysunęłyśmy się na prowadzenie, wyprzedzając innych peregrinos. Dopóki nie skusiło nas menu peregrinos, ale pyszne było!!

Jednak popijając kawę, przez okno zobaczyłyśmy jak nas pozostali nas wyprzedzają. Wkrótce, wyścig się zatrzymał, czas na poszukiwanie noclegu, i tu pojawił się problem-wszystkie miejsca zajęte. 

Czas uciekał, zmrok zapadał, a mgła gęstniała...  Ostatnie wolne łóżko piętrowe znalazło się w schronisku młodzieżowym, które już minęłyśmy, co wymusiło skierowanie się w przeciwnym kierunku. Trzeba było szybko działać: zdobyć pieczątkę, złapać stopa i wpakować gdzieś zakupione w sklepie wino (którego nigdzie nie dało się upchnąć, podobnie  jak wczorajszego banana). W końcu podwiozła nas przemiła Portugalka, w dodatku przedstawicielka polskiej firmy kosmetycznej Bielenda i dotarłayśmy na miejsce. Pierwszy autostopowy sukces uczciłyśmy winem, prababcia (autostopowiczka) byłaby z nas dumna!!! 


Dodaj komentarz »

Dominika Hanusek Hanusek :: 15.09.2018 01:12
Wszystko się zmieściło poza bananem...

Wreszcie dotarłyśmy do Porto, po długich przygotowaniach i wielu próbach upchnięcia "kobiecych niezbędników" do jednego plecaka, ale nie ma co się dziwić, jak zawsze się podróżowało ze styrtą ciuchów, a tu można zabrać jedynie dwie pary majtek (z czego jedne już wieczorem wylądowały w koszu). W końcu wcisnęłyśmy wszystko oprócz banana, który finalnie też wylądował w portugalskim koszu (jak tak dalej pójdzie do Santiago dojdziemy gołe i głodne) 

Plan na pierwszy dzień był dobry, ale szybko się sypnął...

Kupiłyśmy bilety na metro do centrum Porto, ale niesforny automat wypluł tylko jeden bilet, zamiast dwóch, więc jedna z nas jechała na gapę. Kolejny przystanek to katedra Se, miało być tak blisko i podobno nie da sie zgubić, a jednak! Zmierzając do katedry, znlazłyśmy się w ciemnych, pustych, spowitych gęstą mgłą uliczkach z kraczącymi nad głową mewami, rodem jak z horroru!! Kiedy wreszcie doszłyśmy z nadzieją otrzymania pierwszej pieczątki (zbieramy pieczątki do naszego paszportu=credential, aby udokumentować całą podróż), a tu znowu klapa, katedra zamknięta :( ale za to odnalazłyśmy pierwszą strzałkę w kierunku Santiago. 

Jutro pierwszy dzień na Camino !! 

 


Dodaj komentarz »

Matka i córka na Camino da Costa

Autor: Dominika Hanusek Hanusek
Ostatni wpis: 24.09.2018 23:21
Odwiedziny: 1297 (od 12.09.2018)

Archiwum:
  • wrzesień 2018 (11) »