Camino de Santiago

To nie droga jest trudnością... To trudności są drogą...

Dorota Bruk
Camino Primitivo - wspomnienia zapisane

Wstęp


 Droga św. Jakuba, nazywana często także Camino de Santiago – szlak pielgrzymkowy do katedry w Santiago de Compostela w północno-zachodniej Hiszpanii. W katedrze tej, według przekonań pielgrzymów, znajduje się ciało św. Jakuba Apostoła Nie ma jednej trasy pielgrzymki, a uczestnicy mogą dotrzeć do celu jednym z wielu szlaków.

Droga oznaczona jest muszlą św. Jakuba, która jest także symbolem pielgrzymów, i żółtymi strzałkami.

Istniejąca od ponad tysiąca lat Droga św. Jakuba jest jednym z najważniejszych chrześcijańskich szlaków pielgrzymkowych. Według legendy ciało św. Jakuba przewieziono łodzią do północnej Hiszpanii, a następnie pochowano w miejscu, w którym dziś znajduje się miasto Santiago de Compostela.

Choć marzyłam o tym od wielu lat, to dopiero rok temu zdecydowałam się na ten krok. Zawsze wydawało mi się to ogromnym wyzwaniem i, choć rzeczywiście Camino wymagało wielu przygotowań to jednak nie było to takie trudne... Najtrudniejsza była chyba sama decyzja, reszta przyszła sama.

 

Muszę tu podziękować kilku osobom, zwłaszcza Monice i Marcie, bez których być może nie podjęłabym tej ostatecznej decyzji o wyruszeniu w Drogę... Choć później nasze indywidualne drogi się rozeszły, to jednak łączy nas ta najważniejsza Droga - Camino. Choć fizycznie przeszłyśmy je osobno, to jednak jest to nasze wspólne Camino.

 

Oprócz marzeń o Camino towarzyszyła mi także fascynacja Hiszpanią, więc Droga była dla mnie spełnieniem dwóch marzeń. Pomimo trosk, bólu, przykrych sytuacji w Drodze mogę śmiało stwierdzić, iż były to najpiękniejsze chwile w moim życiu.

30 kwietnia 2010


16:40 - wylot z Poznania... za siedem godzin będę w Madrycie... potem noc w hostelu i od jutra zaczynam swoje Camino...
Wielomiesięczne ogromne wyczekiwanie przeradza się w stres – czy dam radę? Jak to będzie? Lepiej było zostać w domu… - Takie myśli wywołane stresem towarzyszą mi tuż przed wylotem, jednak już pierwsze minuty lotu przynoszą wyciszenie – przecież zaczynam spełniać swoje marzenia! Na to czekałam tyle miesięcy i teraz właśnie TO się dzieje!

Przesiadka we Frankfurcie… ogromnie się tego bałam, w końcu to jedno z największych lotnisk. Strach ma jednak wielkie oczy, lotnisko okazało się bardzo przyjazne, obsługa lotniska pomocna i – co ważne – świetnie mówiła po angielsku. Wtedy tego nie doceniałam, dopiero po przylocie do Hiszpanii, w której osoby mówiącej po angielsku można ze świecą szukać, zrozumiałam, że wbrew pozorom angielski nie jest międzynarodowym językiem i nie wszędzie wystarczy go znać by się porozumieć. Na szczęście kocham hiszpański i sama się go uczyłam, więc sobie jakoś poradziłam. Wiele osób na różnych forach stwierdza, że można przejść Camino nie znając żadnego języka obcego - nie podważam tego, ale wydaje mi się to naprawdę dużym wyzwaniem i utrudnieniem. Patrząc z pespektywy na moje Camino uważam, że bez podstaw hiszpańskiego miałabym ogromne problemy i to już na starcie – przy samym wyrabianiu legitymacji pielgrzyma…

Przed północą pojawiają się w oddali światła Madrytu… Chyba jest jakaś fiesta, bo widać sztuczne ognie… Już na lotnisku podczas załatwiania taksówki do centrum okazuje się, że angielski za bardzo mi się nie przyda. Pierwsze hiszpańskie słowa z trudem przechodzą mi przez gardło, dopiero potem, nie mając innej możliwości porozumienia się, przestaję zważać na to, czy mówię dobrze czy nie, tylko mówię. Z czasem idzie mi coraz lepiej, co mówią mi sami Hiszpanie, a co sprawia mi ogromną radość.

Choć jest po 1 w nocy, centrum Madrytu tętni życiem… Jest tak tłoczno, że taksówka ledwo może przebić się przez tłum… Choć oglądany póki co tylko z okien samochodu, Madry wywarł na mnie ogromne wrażenie… Aż nie mogę się doczekać powrotu do niego i zwiedzania.

1 maja


Wczesna pobudka, zbiórka całej naszej grupki na stacji metra (ponoć jedno z najlepszych, przynajmniej w Europie – na niektórych stacjach nawet trzypoziomowe… w Polsce o czymś takim można pomarzyć…), przejazd na dworzec autobusowy (nawet w informacji nic się nie dowiem po angielsku) i pięciogodzinna podróż do Oviedo. Praktycznie przez całą drogę nie wypuszczam aparatu z rąk. Jakiż to piękny kraj! Czuje jakiś niepokój... może wywołany tymi wszystkimi emocjami... szukam samotności podczas postoju... ogarnia mnie tęsknota dopiero początek...

Oviedo… Oczywiście też tylko hiszpański… śmiało mogę powiedzieć, iż idzie mi coraz lepiej;) Docieramy do Katedry, spotykamy Polaków! Co za niespodzianka! Niestety zaczyna się siesta, więc nie ma szans na odbiór Credenciali, musimy poczekać. Pod alberue zauważam innego pielgrzyma… może idzie Norte i czeka na nocleg? Potem okazuje się, że tak, jak my idzie Primitivo. Wtedy jeszcze nie wiem, jak bliski stanie mi się ten człowiek – Carlos - już wkrótce… Czas szybko mija i po dwóch godzinach jesteśmy już w drodze do Escamplero. Choć to tylko 10 km, to droga dość trudna, niemal od razu zaczynają się pagórki. Na dodatek plecak trochę ciąży… Szczęśliwie docieramy na miejsce; choć brakuje łóżek w albergue, to inni pielgrzymi organizują nam materace i koce i spokojnie możemy się przespać. Życzliwość ludzka… opieka św. Jakuba…

2 maja


Pobudka tuż po 4, wyjście godzinę później… choć w Polsce o tej porze zaczyna już świtać, to tutaj panują jeszcze egipskie ciemności. Chwilami jest strasznie, wyobraźnia robi swoje gdy idziemy przez chaszcze, co chwilę mamy wrażenie, że gdzieś niedaleko coś się czai, na dodatek jakiś duży pies idzie za nami… po kilku dniach okazuje się, że na hiszpańskiej prowincji to normalne, co chwilę spotykamy psy biegające luzem, niektóre nawet idą z nami po kilka kilometrów. W Grado udaje nam się załapać na mszę świętą. Od razu rzuca się w oczy niewielka frekwencja… Eucharystia dodaje mi sił, odwagi do dalszej drogi... Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo jej potrzebowałam...

Idzie mi się coraz gorzej, nie nadążam za dziewczynami, kostka mi puchnie… Chyba przeceniłam swoje możliwości… Pomimo wcześniejszego studiowania map, różnice wysokości mnie niemile zaskoczyły. Po drodze co chwilę mijamy krowy – holenderki i konie. Tutaj będzie to typowy widok.

Po drodze spotykamy kierownika albergue z San Juan de Villapanada, zatrzymuje nas, rozmawia, daje mapki i informacje o dalszej drodze. Święty Jakub czuwa!

Rozdzielamy się, nie daję już rady iść… pod koniec dnia w jednej wsi kompletnie się załamuję, siadam na kamieniu i po prostu zaczynam płakać... Nachodzą mnie myśli nawet o powrocie do domu... proszę jedną z mieszkanek o zawiezienie mnie do albergue… Rzuca wszystkie swoje zajęcia i zawozi mnie pod same drzwi schroniska w Salas… Jestem pod ogromnym wrażeniem tej życzliwości, dobroci, którą spotykamy na każdym kroku zarówno od pielgrzymów jak i mieszkańców.

Po trudnej rozmowie z dziewczynami decydujemy się na rozdzielenie, nie chcę zatrzymywać dziewczyn i opóźniać ich marszu. Już wiem, że mogę nie dać rady dojść, ale nie to jest dla mnie najważniejsze. Nie liczy się dla mnie przejście o własnych siłach całości, ale sam fakt bycia w Drodze.

3 maja


Od rana na zmianę grad i deszcz... Spuchnięta kostka daje się we znaki, pomimo zaciśniętych zębów idzie mi się ciężko… Już po kliku kilometrach, tuż przed Bodenaya zaczyna mi towarzyszyć Carlos. Od tego momentu idziemy już razem. Opiekuje się mną jak córką… Czuję się przy nim bezpiecznie, pewnie… Momentalnie zdobywa moje zaufanie. Jest niesamowicie troskliwy, staję się jego oczkiem w głowie, mówi do mnie „mi nina” – „moja córeczka” i tak też się czuję…Słyszę, jak mówi innym pielgrzymom, że chciałby taką córkę jak ja… Słysząc takie słowa trudno powstrzymać wzruszenie…

Po drodze przechodzimy przez ogromne błoto, na szczęście buty spisały się na medal i ani trochę nie przemokły.

Nocujemy w Tineo. Wieczorem Carlos zaprasza wszystkich do baru na typową hiszpańską kolację - ser, hiszpańska kiełbasa chorizo, wędliny i oczywiście chleb - jest niemalże podstawą, podawany do wszystkiego. Jest wspaniale!

4 maja


Dzień przywitał nas śniegiem! Ponoć to jedna z najzimniejszych wiosen w Hiszpanii od wielu lat…

Już wiem, że nie dam rady iść dalej… Muszę dać nodze odpocząć… podejmuję trudną decyzję i po kilku kilometrach z Carlosem musimy się rozstać… Choć spędziłam z nim zaledwie kilka godzin łzy ciekną mi po policzkach… Nigdy go nie zapomnę… tej jego bezinteresowności, troski, chęci pomocy… w każdym jego geście i słowie czuć było ogromną miłość do drugiego człowieka…

Camino to szkoła miłości… Carlos okazał się jej najlepszym nauczycielem…

Wsiadam w autobus w Borres i dojeżdżam do Pola de Allande, a stamtąd aż do Grandas de Salime… Dwa dni do przodu, chcę dzięki temu zyskać trochę czasu i robić mniejsze etapy…

Camino uczy pokory, muszę zrezygnować z planów, ominąć część Drogi, a przy tym zachowuję spokój i radość, którą daje Droga… Jest mi ciężko z myślą, że nie mogę przejść całości, ale muszę pogodzić się z wolą Boga…widać tak miało być… nic przecież w życiu nie dzieje się samo z siebie, wszystko jest wolą Najwyższego.

W Grandas schronisko przepełnione, przerażają mnie obcy ludzie… Odnoszę wrażenie, jak się szybko okazuje – złudne, że nie będą sympatyczni. Wkrótce jednak nawiązujemy rozmowę, okazuje się, że jedna dziewczyna – Monica – mówi po angielsku!

Spis treści