Camino de Santiago

Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

02/2015
Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

Wiola :: 28.02.2015 16:39
O tym, że chciały mnie zjeść krowy...

Triacestela – Sarria (przez Samos)  25 km

W Triacasteli ponownie stajemy przed wyborem drogi na kolejny dzień. Więc rano znów mam serce w rozterce, który wariant drogi wybrać. Najlepiej obydwa. Ale tak się nie da. Przez Calvor górami czy doliną przez Samos? Hmm, chciałabym i góry z pięknymi widokami i dolinę z jej przyjemnym chłodem i klasztorem. Ale ponieważ wybrać trzeba, więc wybór wydaje się oczywisty. Pragnienie gór musi ustąpić, bo szkoda byłoby ominąć ten chyba najstarszy klasztor zachodniego świata. O brzasku wyruszam więc w kierunku Samos.

Krajobraz staje się zupełnie inny. A ja cieszę się, że nie mam potrzeby wylegiwania się w łóżku, że poranne wstawanie nie jest problemem, a wyruszenie o świcie staje się przyjemnością. Dzięki temu przez długi czas idę praktycznie sama, sporadycznie spotykając jakiegoś pielgrzyma. Znów jestem tylko ja, cisza i ten piękny świat. Tym razem idę wśród drzew, wąwozami, z rozśpiewanymi nad głową ptakami, które swoim świergotaniem jakby zagadują do mnie, pozdrawiając pielgrzyma rozpoczynającego swój kolejny dzień. Jest po prostu niebiańsko.

Nagle, jak na komendę, spośród drzew wyłania się dolina, której najważniejszy punkt stanowi klasztor. Imponujący widok. Jest pięknie, głęboka zieleń na tle której odbijają się mury klasztoru, bajecznie czyste niebo, słońce. I wędrówka. Wszystko jest takie cudowne, prawie „nierealne”, a przecież jednak tu jestem. Serce przepełnia radość i wdzięczność za to, że mogę wędrować przez ten piękny świat, za to że jestem tu i teraz. Z zadowoleniem schodzę w dół.

Niestety dla chcących zwiedzać klasztor był jeszcze zamknięty. Pospacerowałam więc wokół, wchodząc jedynie do Kościoła. Tam powitały mnie piękne benedyktyńskie śpiewy, bracia chyba właśnie odprawiali poranne modlitwy.

 

 

 

W Samos pożegnał mnie kamienny pielgrzym i dla odmiany – pątniczka. To dość niebywały widok, z reguły spotykamy pomniki pielgrzyma, jako po prostu człowieka Drogi. A tutaj właśnie widzimy kobietę. W długiej spódnicy, w pelerynie z muszlami, oglądając się na Samos, a może wymownie spoglądając na mijających ją ludzi? Ciekawe, czego wyrazem ma być ten pomnik, co jego twórca miał na myśli, co chciał nam uświadomić?

 

Po chwili spotykam również innego "pielgrzyma", mozolnie i niestrudzenie przemierzającego swoje „camino”.

Ślimak, ptak, motyl – nasi „mali bracia”. Pielgrzym w czasie swojej wędrówki niejednokrotnie zanurza się w duchu franciszkańskim, pochylając się nad różnymi stworzeniami. Tego uczy nas Droga, otwiera serce nie tylko na ludzi i piękne widoki, ale też na wszelkie istoty żyjące. Pielgrzym ma czas, by zachwycić się motylem przysiadającym na przydrożnym kwiatku… by przystanąć na drodze, którą przechadza się ptak… by podziwiać żuczka czy ślimaka, który przemierza sobie znaną drogę…

 

 

 

Dalsza wędrówka była równie przyjemna, trochę wąwozami, trochę wśród drzew dających przyjemny cień. No i te śpiewające ptaki, bajecznie :)

 

"Franciszku, jakżeś Ty odgadł,
że Bóg w nieskończoność rozciągnięty
mieszka cichutko pod korzeniem dębu,
dziś już spod Prawa wyjęty?
Albo kto Ci powiedział,
kiedyś Ty po górach chodził,
że Ty i kwiaty, że was Bóg urodził? (...)"

Fioretti "Zabierz mnie"

 

I oto kolejny „pielgrzym”, który szybując nad nami przemierza różne powietrzne drogi świata, tym razem dostojnie spacerujący po łące…

 

Dzień rzeczywiście upływał mi w iście franciszkańskim nastroju, zachwycałam się ślimakiem, bocianem, śpiewającymi ptakami, nie przeczuwając nawet, że jeszcze czeka mnie „bliskie” spotkanie z krowami.

Kilka kilometrów przed Sarrią postanowiłam zrobić sobie dłuższy postój. Nie było mi spieszno, by doświadczyć miejskiego zgiełku, chciałam jeszcze trochę pobyć wśród przyrody, pooddychać naturą… Może miejsce, które sobie upatrzyłam nie było zbyt idealne, ale lepsze takie niż żadne - wybrałam pas trawy oddzielającej drogę od jakiegoś muru. Cień drzewa, trawa, murek o który można oprzeć plecy… ochoczo zdjęłam buty i rozgościłam się na zapraszającej wędrowca trawie. Jednak nie dane mi było zbyt długo cieszyć się tym idyllycznym odpoczynkiem. Wkrótce na drodze ujrzałam stado krów, a jeden z poganiających je gospodarzy zaczął krzyczeć w moim kierunku „Senora! Senora!” i wymownie machając rękoma, pokazywał, że mam wstać. Zrozumiałam gest, posłusznie powstałam, ale właściwie o co chodzi? Tymczasem krowy już były przy mnie spoglądając złowrogo swoimi wielkimi oczami i blisko, zdecydowanie zbyt blisko przysuwając do mnie swoje wielkie łby. Przecież to nie psy, żeby chciały mnie obwąchać. Oj nie było to fajne. Boso, przyparta do muru za mną, nie wiedziałam co mam robić… Próbowałam je odgonić, z marnym zresztą skutkiem, ale też chwytał mnie strach, że jakieś gwałtowne gesty wyzwolą w nich chęć ataku. Brrr… Na szczęście zlitowali się prowadzący je gospodarze i pognali całe stado dalej. Nigdy w życiu nie spotkałam się z takim dziwnym zachowaniem krów, nawet w Hiszpanii przecież nieraz mijałam idące samopas stado, a nic złego się nie działo. Dziś też niby nic się nie stało, ale jednak było trochę strachu i od tego dnia wszelkie krowy omijałam szerokim łukiem. Heh, a rano tak sobie rozmyślałam nad franciszkańską duchowością ;)

Dalszy odpoczynek przebiegał na szczęście już bez żadnych ekscesów i po jakimś czasie ruszyłam w kierunku Sarrii. Przy wejściu do miasta w punkcie informacyjnym dostałam mapę miejscowości. Super, na pewno będzie łatwiej poruszać się po mieście.

Zatrzymałam się w alberdze Mayor, pokoje 4 osobowe. Niestety trafił mi się pokój na dole, za kuchnią. Długo nie mogłam zasnąć, bo do późnych godzin w kuchni „grasowali” pielgrzymi :)

Sarria to punkt startowy dla wielu pielgrzymów, prawdopodobnie od jutra będzie nas znacznie więcej. Zobaczymy :)


Dodaj komentarz »

Wiola :: 21.02.2015 18:11
O radości ciszy...

Laguna de Castilla – Triacastella  24 km

Alberga wcale nie była taka spokojna jak się mogło wydawać. W dzień owszem, ale potem… do późnych godzin nocnych trwała impreza. Głosy, śmiechy i tańce. Nie wiem czy to w tym samym budynku na piętrze, czy też może na sąsiedniej posesji. Miałam wrażenie jakby na drewnianej podłodze albo na stole ktoś obcasami wybijał najróżniejsze takty irlandzkich tańców. To było dosyć ciekawe ;) ale współczułam pielgrzymom, którzy nie mieli zatyczek do uszu i chcąc nie chcąc musieli przez część nocy być mimowolnymi uczestnikami toczącej się imprezy.

 

Wczoraj cieszyłam się, że wracam z zaludnionego O’Cebreiro do albergi w sercu gór. Dziś jednak znów czekało mnie to górskie podejście, na szczęście niezbyt długie. Chcąc zdążyć do O’Cebreiro na wschód słońca musiałam wstać dosyć wcześnie. Dzień (a właściwie jeszcze noc) przywitał mnie przejmującym zimnym wiatrem. Później na pewno będzie cieplej, a tymczasem czołówka na głowę i w drogę. Po chwili minęłam ostatnie zabudowania i zanurzyłam się w ciemność. Żadnych latarni, żadnych ludzi, tylko ja, góry i ta „mroczna” rzeczywistość wokół. I cisza, cudownie piękna, dogłębna cisza…

 

 

Świat po ciemku wygląda zupełnie inaczej, drzewa, krzewy, nawet kamienie przybierają dziwne kształty, wyobraźnia podsuwa myślom najróżniejsze skojarzenia, każdy szmer wyostrza słuch, a wzrok stara się przebić poza zasięg latarki. Z jednej strony dreszczyk emocji i przygody, z drugiej jednak strony czułam się trochę nieswojo, sama w górach w ciemności, jedynie z nikłym światełkiem czołówki. Jednak w miarę upływu kolejnych minut, przestawałam się bać, wnikałam w ten świat, stawałam się jego częścią. Niebawem zaczęło się rozwidniać, ostatnie podrygi nocy ustępowały pierwszym promieniom wschodzącego słońca. Co i rusz oglądałam się za siebie, by podziwiać to przepiękne widowisko i zapamiętać w sercu ten niezwykły spektakl.

Przed albergą w O’Cebreiro spotkałam Agnieszkę i razem zachwycałyśmy się ostatnimi aktami tego bajecznego porannego przedstawienia o nastającym właśnie poranku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tuż za miejscowością zrobił się ogromny ruch. Skąd tu tylu ludzi? Aha, to młodzież z Czech, ta która wczoraj „umilała” nam wędrówkę swoim głośnym zachowaniem. Nocowali w O’Cebreiro i wyruszyli właśnie w dalszą drogę. Ale na szczęście mieli bardzo szybkie tempo, ponoć szli dziś aż do Samos i jak szybko pojawili się o poranku tak szybko zniknęli nam z oczu. A pielgrzym mógł na powrót zanurzyć się w ciszy…

 

„W ciszy szukam słów, by podziękować za Twą miłość…”

Wokół mnie jest wciąż bajeczna zieleń i ta piękna cisza… Cisza, która mnie otacza jest moim przyjacielem. Nie jest to złowroga cisza przed burzą, czy nienaturalna cisza jak po jakiejś kłótni. Nie. Ta cisza mówi o Miłości, o pięknie Stworzenia, o tym jak można być szczęśliwym w ubogości pielgrzymich potrzeb. Cisza przenika wędrowca, otwiera go na piękno świata, pozwala wsłuchać się w swoje wnętrze, pomaga nawiązać swoisty duchowy dialog, który wcale nie musi być mówieniem…

 

 

Wciąż byłam w górach, droga wznosiła się i opadała, a pejzaże przed oczami radowały serce. Po nocnych zimnych powiewach wiatru nie było już śladu, słońce swoim ciepłem otulało maszerujących pielgrzymów obwieszczając nam gorący dzień. Tak jak w poprzednich dniach, momentami zastanawiałam się czy to nie jest sen? Ten świat, chwilami aż „nienaturalnie” cudny, czy ja tu naprawdę jestem? Tak, jestem, wędruję i nadziwić się temu wszystkiemu nie mogę…

 

W świecie takim jaki jest, w jakim poruszamy się i żyjemy na co dzień, bywa… sami wiemy jak. Najoględniej mówiąc - bywa różnie i nie zawsze kolorowo. Camino to zupełnie „inny świat” – dosłownie i w przenośni. Camino wyzwala w ludziach nieograniczone pokłady dobra i życzliwości. Co sprawia, że na tej Drodze tak bardzo się zmieniamy, że stajemy się inni, lepsi? No właśnie, ale czy na pewno stajemy się lepsi? A może właśnie tacy jesteśmy i dopiero tutaj mamy odwagę być prawdziwym sobą, pokazać swoją naturalną twarz, osobowość… bez zakładania masek, bez grania różnych ról… Może właśnie tutaj, dopiero tutaj, nie wstydzimy się gestu życzliwości, uśmiechu, dobrego czynu – zarówno ofiarować jak i przyjąć?

Jest coś takiego w tej Drodze, że nie chcemy przywdziewać płaszcza egoizmu, że nie chcemy żyć tym, czym na co dzień karmi nas „świat”, ale jakoś tak w naturalny sposób otwieramy serce na drugiego człowieka. I tego właśnie uczy Camino – pozwala odkryć, że ludzie z natury są dobrzy smiley

 

Dziś trochę pobolewała mnie kostka w prawej nodze, a mój Przewodnik i słoneczna dolina w dole zapowiadały, że lada moment czeka mnie schodzenie w dół. I tak też było. Zwłaszcza zejście z Fonfrii do Triacastelli nie było łatwe, bo nie dość że trochę stromo, to jeszcze i ta kostka. Nadwyrężona noga w dwójnasób odbiera trud schodzenia w dół. Ale też mam powód do radości – cieszę się, że jest słonecznie i sucho, nawet upał mi nie przeszkadza i wolę go o wiele bardziej niż miałby padać deszcz. Mokry błotnisty szlak na pewno nie sprzyjałby bezpiecznemu schodzeniu. Mozolnie bo mozolnie, ale cało i bezpiecznie dotarłam do Triacastelli.

Zatrzymałam się w alberdze Complexo Xacobeo. To był  dobry wybór, alberga bardzo sympatyczna, przestronna, ładne łazienki. Spotkałam tu też Agnieszkę, oraz kolejnych Polaków - Marka i Sławka. Miło było posiedzieć razem, pogawędzić i wspólnie cieszyć się Camino.

Wieczorna Msza Święta w kościele św. Jakuba na długo pozostanie w mojej pamięci, a to za sprawą dość ekscentrycznego księdza… Jedni byli zachwyceni, inni trochę zniesmaczeni, bądź co bądź pewnie wielu pielgrzymów na długo zapamiętało owego kapłana...


Dodaj komentarz »

Wiola :: 15.02.2015 11:44
O muzyce Camino...

Villafranca del Bierzo – Laguna de Castilla  28 km

Dziś nie było mowy o dłuższym słodkim wylegiwaniu się w łóżkach. Przestraszeni wczorajszym upałem i prognozami na dzisiaj zaczęliśmy zbierać się dosyć wcześnie, jakbyśmy chcieli ścigać się ze słońcem. Część pielgrzymów czekała już w gotowości aż hospitalero otworzy kuchnię. Szybkie śniadanko, kawa i w drogę. Buen Camino dziewczyny, mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy :) I owszem spotykałyśmy się jeszcze wiele razy.

Ranek przywitał mnie przyjemnym chłodem. Nie poszłam Camino Duro, wybrałam jednak łagodniejszą trasę. Było wcześnie i spokojnie można było zostać w dolinie bez obaw, że będzie zbyt duszno. Przynajmniej nie przez najbliższe kilka godzin. A i płynąca wzdłuż drogi rzeka swoim łagodnym szmerem zachęcała by wybrać właśnie ten wariant. Od strumienia biło przyjemnym chłodem, a jego szum subtelnie otulał serce. Szmer wody, gdzieniegdzie śpiewający ptak – wszystko wokół stawało się muzyką... Właściwie od samego początku mojego Camino odkrywałam jeszcze inną melodię – oprócz cudownych dźwięków natury, muzyką wędrowania stawały się te najpiękniejsze na Camino słowa „Hola” i „Buen Camino”.

Droga wśród otaczających gór mijała bardzo szybko... Po drodze zadziwiają wspaniałe autostradowe estakady. Jakby na przekór potędze gór przecinają zbocza wyznaczając miejsce dla rozpędzonych samochodów.

Międzyczasie zrobiło się całkiem tłoczno. Okazało się, że swoje Camino przeżywa właśnie młodzież z Czech. Szli „na lekko”, z małymi plecaczkami, a cały ich dobytek przewoziły autokary. No nie, tylko tego mi brakowało. Szli w małych grupkach po kilka osób i słychać ich było z daleka. Młodość ma to do siebie, że jest głośna, lubi się popisywać, zaszpanować. Nie dało się ich przepuścić do przodu, albo zostawić w tyle, bo gdy tylko oddaliła się jedna grupa to już było słychać następną. Cóż było robić, oprócz częstego Buen Camino, trzeba było spróbować w tym zgiełku odnaleźć jakąś muzykę. I zamiast utyskiwać na głośną młodzież spróbować przyjąć ich z radością. Przecież to dobrze, że tu są, że tak przeżywają swój czas... A że zachowują się trochę zbyt głośno, cóż takie są prawa młodości.

Camino to szkoła pokory wobec losu, szkoła radosnej rezygnacji z własnych wyobrażeń, by zgodzić się na wszystko co nas spotka i czego doświadczymy. I nawet jeśli spotykamy pielgrzymów niekoniecznie spełniających nasze wyobrażenia, to czy mamy prawo wyznaczać miarę prawdziwości człowieka Drogi? Czymże byłaby ta miara, jeśli nie próbą wbicia kogoś w sztywne ramy naszych motywacji i naszych wyobrażeń? A przecież różni są pielgrzymi i powody do wędrowania też mogą mieć różne... i czasem te najprostsze i najbardziej banalne mogą przynieść wspaniałe owoce. I tu objawia się sens pielgrzymowania – przyjąć wszystko i wszystkich ze szczerą radością i wdzięcznością smiley

Pierwsze 18 km z krótkim odpoczynkiem po drodze, minęło w okamgnieniu. W Vega de Valcare urządziłam sobie zdecydowanie dłuższy postój. Wczoraj wreszcie kupiłam bułki (co prawda takie do hamburgerów, ale jednak bułki), mogłam więc wykorzystać pasztecik przywieziony jeszcze z Polski. Po zasłużonym odpoczynku ruszam dalej.

Z entuzjazmem wędruję pośród soczystej zieleni… Dalsza droga to już znacznie wolniejsze tempo, zarówno z powodu upału jak i zdobywanej wysokości. Zaczyna się żmudne podejście pod górę.

 

 

 

 

Pierwotnie planowałam zatrzymać się w La Faba, wiele dobrego czytałam o tej alberdze i swoistym klimacie tego miejsca. I chyba rzeczywiście tak jest, bo mimo wczesnej jeszcze pory, przed drzwiami była już całkiem pokaźna kolejka plecaków. Tymczasem oczekujący wędrowcy skryli się w cieniu drzew lub też w uroczym kościółku, którego grube mury zachęcały przyjemnym chłodem. Była jednak dopiero 12.30, czekać półtora godziny do otwarcia albergi to dla mnie zdecydowanie zbyt długo.

Chyba jednak wyglądam troche lepiej niż kamienny pielgrzym w La Faba – więc może jednak dam radę iść dalej - z lekkim uśmiechem ochoczo ruszam w dalszą drogę.

 

 

 

 

Dalszy odcinek to znów ostro pod górę, bardzo męczący w tym lejącym się z nieba żarze, krople potu, kurz... a wokół nieziemskie widoki. Co i rusz oglądam się za siebie by podziwiać piękną dolinę, z której dziś zmierzam.

Wszystko staje się radością. Można być bardzo zmęczonym, a przy tym przeogromnie szczęśliwym. Kiedy dziś o tym myślę, to niesamowite, jak wspaniałe odczucia potrafi wyzwalać w człowieku ta Droga. Krok za krokiem, miarowy stukot kijków, wędrówka poprzez tak piękny świat. Człowiekowi wydaje się, jakby był w jakimś świętym miejscu. Więcej nawet, to trud drogi uświęca wędrówkę.

 

Wędrując, pielgrzym ma poczucie jakiegoś sacrum. Nieważne wierzący czy niewierzący, każdy chyba odkrywa niepowtarzalność tej Drogi, w zależności od światopoglądu różnie będziemy to odbierać i nazywać, ale jedno jest pewne: to jest Droga Niezwykła. Jakże pasowała mi tu piosenka SDM „Sanctus”:

„Święty (…) blask kłujący oczy. Święta (…) ziemia co nas nosi. Święty kurz na drodze, święty kij przy nodze, święte krople potu. Święty kamień w polu, przysiądź na nim Panie, święty płomyk rosy, święte wędrowanie (…)”

 

 

Zatrzymałam się w Laguna de Castilla 2 km przed O’Cebreiro. Świadomie nie szłam już dalej, przeczuwając że w O’Cebreiro będzie zdecydowanie więcej pielgrzymów i turystów. A tu byłam w samym sercu gór. Z błogą radością pobiegłam pod prysznic: zmyć z siebie pot, kurz, poczuć ten ożywczy strumień wody. Czułam jak z minuty na minutę powracają mi siły i… chęć do wędrówki smiley Więc czemu nie? Już bez plecaka, w lekkich sandałach, jedynie z butelką wody ruszyłam w stronę O’Cebreiro. Tej okazji nie można było przegapić, jutro będzie zbyt rano na zobaczenie czegokolwiek, a dziś po odpoczynku mogłam i chciałam wybrać się na taki spacer. Dalsza droga pod górę była przyjemnością, bez plecaka szło się zdecydowanie lżej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Właśnie na tym odcinku wkraczamy do Galicji. Po niedługim czasie mogłam spoglądać wstecz na piękną dolinę, którą dziś przemierzyłam. Tak jak się domyślałam, w O'Cebreiro było sporo ludzi, pielgrzymów i nie tylko, spotkałam też Elę i Agnieszkę. Ale na noc chętnie jednak wrócę do spokojnej (jak się wydawało) albergi w La Laguna.

 

Będąc tutaj nie sposób nie wspomnieć wielkiego ambasadora i promotora Camino de Santiago, księdza Eliasa Valinę Sampedro, proboszcza z O’Cebreiro, który z wielkim zapałem popularyzował tą Drogę…To właśnie on w drugiej połowie XX wieku zapoczątkował ideę oznaczania Drogi żółtymi strzałkami. A dziś setki tysięcy pielgrzymów dzięki tym znakom przemierzają szlak jakubowy bez obaw, że zabłądzą, że zgubią drogę. To właśnie tutaj ukochane przez nas żółte strzałki, nasi „przyjaciele Drogi” mają swój początek.

 

W O’Cebreiro jest najstarszy na Camino kościół – Santa Maria la Real. Skromny, ale skrywa w sobie ogromny skarb. To właśnie tutaj w 1300 roku miał miejsce Cud Przemienienia. W błogim chłodzie i ciszy kościoła utrudzony pielgrzym może zanurzyć się w modlitwie, w refleksjach, w kontemplacji… może zgiąć kolana przed Cudem Eucharystii i uwielbiać Boga, dziękować, prosić, rozmyślać…

„Mów do mnie Panie

z wysokości krzyża

w tej ciszy pięknej

niech usłyszę Ciebie

mów o miłości co do mnie się zniża

abym odnaleźć mógł

samego siebie”

ks. Marek Chrzanowski

 


Dodaj komentarz »

Wiola :: 11.02.2015 19:51
O tym, że wędrówką życie jest człowieka...

Ponferrada – Villafranca del Bierzo 23 km

Dzień tak jak wczoraj zapowiadał się upalnie. Wyruszyłam kiedy tylko się rozwidniło, by przejść jak najdłuższy etap zanim słońce objawi swe uroki w pełnej krasie. Wielu pielgrzymów miało chyba podobne myśli, bo jest nas już całkiem sporo. Ale to dobrze, przynajmniej wiem, że idę właściwymi uliczkami i już nawet tak bardzo nie muszę koncentrować się na żółtych strzałkach. Po jakimś czasie mijam kaplicę z pięknym malowidłem Santa Maria de Compostilla, dawne schronisko dla pielgrzymów, to znak że właśnie opuszczam Ponferradę.

Nienajlepiej mi się dzisiaj idzie. Bąbelek, który zrobił się na boku pięty od rana umilał mi wędrówkę. To nic, taki mały pęcherzyk jest naprawdę niczym w porównaniu ze stopami niektórych pielgrzymów. Ale oprócz tej małej niedogodności jest coś jeszcze... co na razie trudno mi nazwać i zdefiniować, ale jakiś "niechciej" mnie ogarnia, znużenie jakieś, sama nie wiem...

 

 

 

W Columbrianos powitały mnie bociany i malowidło ze św. Jakubem. Poranna kawa wcale nie poprawiła mi nastroju. Ech Jakubie, czekasz na mnie, a mi się dzisiaj tak zupełnie nic nie chce, ogarnia mnie jakieś dziwne zniechęcenie i rozdrażnienie. Na dodatek plecak jakoś nieznośnie zaczął mi ciążyć. To mój szósty dzień wędrówki i chyba dopadł mnie mały kryzys. Kryzys, już? Gdyby to było po kilku tygodniach marszu to ok., ale tak już po kilku dniach? O nie, tak łatwo się nie poddam...

 

 

„Wędrówką jedną życie jest człowieka,

Idzie wciąż, dalej wciąż…

To nic! To nic! To nic!

Dopóki sił

Jednak iść! Przecież iść! Będę iść! (…)

Dopóki sił

Będę szedł! Będę biegł! Nie dam się!”

Edward Stachura

 

 

Droga znów wiodła wśród zielonych pól. Będę iść! Dalej i dalej… pomimo tego dzisiejszego „niechcieja”. Camino jest szkołą wierności, znów w bardzo szerokim znaczeniu. Wierności sobie, Bogu, danemu słowu, wyborom, Drodze…

To trochę tak jak w życiu. Ileż w czasie wędrówki przez życie spotykamy przeciwności, skał zdawałoby się nie do pokonania, kamieni o które codziennie się potykamy, przeszkód które trzeba przeskoczyć. I mimo wszystko trzeba iść dalej. Nie warto poddawać się zniechęceniu, trudnościom, rezygnować, ale iść ciągle do przodu, pomimo różnych niedogodności. A więc trudno, nawet jeśli „nic mi się nie chce” i nastrój taki nijaki, i tak będę szła dalej…

Dziś z perspektywy czasu wiem, że takie chwile zniechęcenia czy trudności też są pielgrzymowi potrzebne i że również dzięki nim Camino nabiera jeszcze lepszego pełniejszego smaku, bo uczy cierpliwości, wytrwałości a przede wszystkim pokory. Trzeba przyjąć swoje różne ograniczenia, stawić im czoła, nie zniechęcić się i nie odpuścić – lecz konsekwentnie trwać przy swoim wyborze, iść dalej pomimo wszystko… I w takim przezwyciężaniu swoich słabości pielgrzym też odnajduje radość.

Dziś przekonałam się, że pantoflowa poczta pielgrzymkowa działa bez zarzutu. Idę sobie w zamyśleniu aż nagle wita mnie radosne polskie „cześć”. To Agnieszka, która odpoczywała w cieniu drzewa i od przechodzących pielgrzymów dowiedziała się, że za nimi idzie Polka. A potem po południu okazało się, że nocujemy w tej samej alberdze. W ogóle to miałam ogromne szczęście, bo prawie codziennie spotykałam kogoś z Polski.

W Cacabelos chciałam zobaczyć płaskorzeźbę przedstawiającą św. Antoniego z Padwy grającego w karty z Dzieciątkiem Jezus, niestety Sanktuarium de las Angustias było zamknięte. No cóż, trzeba będzie obejrzeć w internecie już po powrocie do domu. Szkoda.

Międzyczasie odpoczywam w nikłym cieniu na ławeczce przy kraniku z wodą. Jest już naprawdę bardzo gorąco, aż chciałoby się włożyć głowę pod ten chłodny strumień. Może taki zimny prysznic wyrwałby mnie z dzisiejszego odrętwienia. Jednak zdrowy rozsądek zwycięża, rozgrzana głowa pod zimną wodę to zdecydowanie zły pomysł. Krótka pogawędka z innymi równie zgrzanymi pielgrzymami i ruszam dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Powoli, bardzo powoli wraca mi lepszy nastrój, a po drodze spotykam jeszcze małą Kate, która dziarsko maszeruje do przodu. To całkowicie zawstydza mojego „niechcieja”, więc żeby już całkiem się go pozbyć nucę sobie urywki z piosenki „Do kołyski” Dżemu:

„Żyj z całych sił i uśmiechaj się do ludzi bo nie jesteś sam (…) Chwila, która trwa może być najlepszą z twoich chwil.  Idź własną drogą bo w tym cały sens istnienia żeby umieć żyć. Bez znieczulenia, bez niepotrzebnych niespełnienia myśli złych…”  I bez mojego „niechcieja”, dodaję i dalej tworzę sobie własny tekst :)

I tak oto nucąc na przekór mojemu „nic mi się nie chce” w końcu docieram do Villafranca del Bierzo. Zaraz na początku miejscowości jest alberga municypalna. Przysiadłam więc przed budynkiem na murku w cieniu drzewa i pomyślałam, że najpierw poczytam w "Przewodniku" o samej miejscowości, o albergach, które mam do wyboru i dopiero wtedy pomyślę co dalej. Po kilku minutach nadeszła Ela, mój „dobry anioł” na Camino. To są właśnie te caminowe spotkania, małe „cuda” kiedy z nikim się nie umawiasz, nikogo nie spodziewasz, a zjawia się przy tobie w najlepszym momencie. Po krótkiej naradzie postanowiłyśmy jednak pójść na koniec miejscowości do albergi de la Piedra.

Dostałyśmy miejsca w kilkunastoosobowej sali na poddaszu i tym razem przypadło mi górne łóżko, ale jak się okazało na takim też dobrze można się wyspać. Tutaj też ponownie spotkałyśmy Agnieszkę. Jak miło :)

Jeden z pielgrzymów planował nocne Camino, tak by dojść do O’Cebreiro razem ze wschodem słońca. Można i tak, z jednej strony nocą jest chłodno i przyjemnie, ale niestety traci się mnóstwo pięknych widoków i ubogacających spotkań. My jednak wolimy chodzić w dzień :)

Villafranca del Bierzo to bardzo ładna i malownicza miejscowość, po południu z ochotą wybrałam się na spacer po miasteczku. Dzień zakończył się rozważaniem nad tym, którą drogą pójść jutro rano: wygodną ścieżką wzdłuż szosy czy trudną i wymagającą przez góry, zwaną Camino Duro. Już sama jej nazwa Ciężka Droga z jednej strony wzbudzała ciekawość, ale z drugiej - trochę odstraszała. Góry, góry – krzyczy zachwycone serce; rozum jednak podpowiada, by tym razem skorzystać z łatwiejszej opcji. Wszystkie za i przeciw dla każdego wariantu, nie przyniosły jednak żadnej konkretnej decyzji. Cóż, nie ma co gdybać, zobaczymy co przyniesie ranek i do czego zaprosi nas Camino.


Komentarze (2): Pokaż/ukryj komentarze »

  • Witek :: 12.02.2015 17:13 Wiola - jak można z Tobą nawiązać kontakt. Mam pytanie do Ciebie. imagefactory@wp.pl
  • Wiola :: 12.02.2015 18:26 Witku, najprościej przez Rejestr Caminowiczów, właśnie się wpisałam w rubryce "byli na Camino". Chętnie odpowiem na Twoje pytania :)


Dodaj komentarz »

Wiola :: 07.02.2015 12:57
O prostych gestach, które przynoszą radość...

Acebo - Ponferrada 17 km

Dziś pospałam trochę dłużej, wstałam gdy za oknem już się rozjaśniło. Obudziłam się wypoczęta i gotowa na wyzwania kolejnego dnia :)

Po krótkiej porannej krzątaninie z radością wyruszam w Drogę, ostatnim spojrzeniem żegnając gościnną albergę w Acebo. Jest bardzo ciepły poranek, czyste niebo, zapowiada się upalny dzień.

 

 

 

 

 

Zanurzam się ponownie w góry, idę nieśpiesznie rozkoszując się wspaniałą pogodą i otaczającymi widokami. Długi cień po mojej lewej stronie skutecznie chroni mnie jeszcze przed promieniami coraz wyżej znajdującego się słońca. Każda komórka mojego jestestwa napawa się bliskością gór, a świadomość tego, że tu jestem, naprawdę jestem na Camino, jeszcze bardziej potęguje ten zachwyt. Jest tak cudnie… tak niebiańsko…

 

"Z dala od ludzi

blisko Ciebie w górach

może to właśnie tutaj

jest przedsionek nieba (…)"

ks. Marek Chrzanowski

 

Krajobraz staje się coraz bardziej zielony. Bajecznie niebieskie niebo, roztaczająca się wkoło zieleń i cudowne górskie szczyty, gdzieniegdzie jeszcze ośnieżone… mogłabym tak stać i patrzeć godzinami, w niemym zachwycie kontemplując te cudowności.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Odcinek z Acebo do Riego de Ambros był przyjemnym spacerem, jednak dalej zaczęło się już dość ostre zejście w dół. Ale za to widokowo było przepięknie, różne odcienie zieleni, opadające w dół zbocza, zejście w tą bajecznie zieloną dolinę :)

Wbrew pozorom schodzić w dół jest trudniej niż iść do góry. Zdobywanie wysokości wiąże się oczywiście ze zmęczeniem, zadyszką, szalonym biciem serca, zwłaszcza gdy upał aż zatyka w płucach. Ale wystarczy przystanąć, odsapnąć, wyrównać oddech i można iść dalej. A dziś tutaj – jednak trochę stromo w dół. Mięśnie napinają się, kolana protestują, uwaga wyostrza się jak to tylko możliwe, by się nie potknąć, nie zawadzić nogą o jakiś kamień, by nie tylko zejść bezpiecznie, ale też by jak najmniej nadwyrężyć nogi, które przecież jeszcze długo muszą mi służyć. Jak to dobrze, że dziś jest słońce, upał  - nie chciałabym iść tym szlakiem w czasie złej pogody.

W końcu w dole pojawia się Molinaseca. Nie śpieszę się, schodzę powoli w zachwycie chłonąc piękno otaczającej mnie przyrody. No nareszcie, pora dać odpocząć drżącym mięśniom. Molinaseca to małe, ale dość ładne miasteczko. Urokliwe uliczki zapraszają chociaż na krótki spacer. Wyczekana kawa, czas na zdjęcie plecaka, przyjemny odpoczynek – siły wracały i można było iść dalej.

Tuż za miastem, para idąca przede mną zatrzymała się przy stoliku z czereśniami i ponownie usłyszałam język polski. Irena i Jurek to kolejni Polacy na mojej drodze. Kilkaset metrów przeszliśmy razem, ale ponieważ różniliśmy się tempem marszu, bez żalu zostałam w tyle. Po wczorajszych i dzisiejszych górskich podbojach nie planowałam zbyt długiego odcinka, nigdzie się nie śpieszyłam i mogłam iść powolnie, ciesząc się z całej dotychczasowej Drogi i radośnie otwierając serce na to wszystko co jeszcze przede mną...

 

A po drodze taki niecodzienny widok ⇒

 

Mieszkaniec jednego z mijanych domostw z entuzjazmem zaciekle pozdrawiał wszystkich pielgrzymów :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Za jakiś czas pojawiły się przedmieścia Ponferrady. Szłam przez łąkę czy boisko, zagadnął mnie wówczas spacerujący starszy Hiszpan i wręczył zerwaną z drzewa kwitnącą gałązkę. Opowiadał coś o Camino, czego oczywiście po hiszpańsku nie rozumiałam, ale widziałam, że się wzruszał. Być może sam kiedyś przeszedł tą Drogę, a teraz kiedy już siły na to nie pozwalały, może postanowił wychodzić naprzeciw pielgrzymom? Nie wiem, ale to takie miłe z jego strony, dać zwykły kwiatek pierwszej napotkanej osobie, powiedzieć kilka dobrych słów, uścisnąć dłoń z życzliwym Buen Camino. Zwykłe drobne gesty, które przynoszą radość :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wkraczałam do Ponferrady z lekkimi obawami żeby się nie zgubić, to spore miasto, znów na każdym skrzyżowaniu trzeba będzie bacznie wyglądać żółtych strzałek. Jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałam jak ktoś woła mnie po imieniu. To była poznana poprzedniego dnia Ela, która wraz z dziewczyną z Madrytu i chłopakiem z Filipin odpoczywała w przydrożnej kawiarence. Bardzo się ucieszyłam ze spotkania, a poza tym razem będzie nam raźniej wędrować przez miasto. Ruszyliśmy i oto dość fajny widok – stary kamienny most i obok drugi, współczesny. Stare i nowe, przeszłość i teraźniejszość mieszają się ze sobą, jak zresztą w wielu miejscach na Camino. Kilka wspólnych pamiątkowych fotek i Alberto poszedł w dalszą drogę, a my we trzy postanowiłyśmy iść do albergi.

Dochodziło południe a z nieba lał się żar, po trudach dzisiejszego zejścia z gór nie było mowy, by w takim upale porywać się na następny długi odcinek. Szłyśmy zajęte rozmową aż spostrzegłyśmy, że właściwie nie ma żółtych strzałek. No pięknie, zgubiłyśmy się. Na szczęście była z nami Hiszpanka, krótkie pytanie do miejscowych i klucząc odnalazłyśmy nasz dzisiejszy dom. Alberga San Nicholas de Flue jest chyba jedyna w Ponferradzie, ale za to jest bardzo duża i przyjazna.

Przed drzwiami rząd plecaków wyznaczał kolejkę w oczekiwaniu na otwarcie o 13. Coś co nas niezmiernie ucieszyło, to nazwijmy to „punkt sanitarny” nie tylko w alberdze, ale również na zewnątrz. Świetnie to było pomyślane – toalety, prysznice, stanowiska do prania – wszystko co oprócz łóżka potrzebne nam teraz do szczęścia. Brudne i zmęczone z radością skorzystałyśmy z tej możliwości, plecak w kolejkę, a my hurra!!!, prysznic i pranie. Ileż radości może sprawić zwykła woda obmywająca z kurzu i trudu marszu.

Czyściutka i pachnąca wróciłam do kolejki, by po niedługiej chwili zadomowić się w czteroosobowym pokoju. Hospitaleros, wolontariusze o otwartych na pielgrzymów sercach, zrobili dla nas wyjątek od reguły przydzielania miejsc po kolei i obydwie z Elą dostałyśmy dolne łóżka :)

Po błogim odpoczynku ruszyłyśmy na podbój Ponferrady.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie sposób było nie zajrzeć do Zamku Templariuszy, dotykałyśmy historii a wyobraźnia galopowała daleko, daleko, setki lat wstecz…

Potem chwila wytchnienia w Bazylice de Nuestra Senora de la Encina, a później już można zająć się bardziej przyziemnymi pielgrzymimi sprawami… i wreszcie błogosławiony sen po kolejnym wspaniałym dniu.


Dodaj komentarz »

Wiola :: 01.02.2015 14:00
O aniołach o ludzkich twarzach...

Santa Catalina de Somoza – Acebo  29 km

Mówi się, że Camino uczy wdzięczności. I tak z pewnością jest, nieraz serce przepełnia ogromna wdzięczność za wszystko i za wszystkich. Dziś rano jednak do wdzięczności było mi daleko. Noc była ciężka. Nie dość, że strasznie duszno, to jeszcze „duży” jegomość nade mną (piętrowe łóżka) rzucał się całą noc z boku na bok, w przerwach zawzięcie chrapiąc. Nie pomagały nawet zatyczki do uszu. Zerwałam się możliwie najwcześniej jak się dało i już kwadrans po 5 byłam na szlaku. Byle jak najdalej od tej duchoty i tego chrapania. Wyszłam właściwie jeszcze w ciemną noc, by po jakimś czasie zachwycać się wschodem słońca.

 

 

 

 

A więc może jednak jest powód do wdzięczności za taki obrót sprawy? Dzięki temu przecież mogłam cieszyć oczy słońcem wynurzającym się zza horyzontu. Byłam wśród gór o wschodzie słońca - czyż można wymarzyć sobie inne, piękniejsze miejsce na powitanie nowego dnia?

„Każdy wschód słońca Ciebie zapowiada, nie pozwól nam przespać poranka…”

 

 

 

Dziś kolejny krzyż – wspomnienie pielgrzyma, który tu zakończył swoją wędrówkę. I miałam mijać ich jeszcze wiele... Przy takich krzyżach nie sposób nie myśleć o sprawach ostatecznych. Modlitwa, chwila refleksji nad kruchością życia… Jak często zapominamy, że życie jest tylko jedno i to jedno musi wystarczyć. To takie dziwne... Wyruszyli na ziemskie Camino, by przejść na Camino Niebieskie. Czy ci pielgrzymi spodziewali się, że ich droga do Santiago, okaże się Camino ku wieczności? Czy w swoich sercach byli gotowi na to najważniejsze Spotkanie? A my…?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chłodny, rześki poranek dodawał mi sił i skutecznie oddalał majaki trudnej nocy. Zapowiadał się cudny dzień. Pierwszy etap do El Ganso minął bardzo szybko. Przyjemna droga wzdłuż lasu, którego długi cień odgradzał jeszcze od zbliżającego się upału. W El Ganso poranne cafe con leche okazało się marzeniem, bo osławiony kowbojski bar był jeszcze zamknięty. Trochę szkoda, ale trzeba iść dalej.

 

Świat dookoła stawał się coraz bardziej kolorowy. Żółte żarnowce idealnie współgrały z błękitem nieba, a długi cień wędrujący przede mną radośnie się uśmiechał :) W Rabanal del Camino nabrałam sił do dalszej coraz bardziej górskiej wędrówki. Wielu pielgrzymów zatrzymywało się tutaj na posiłek i odpoczynek, dla pokrzepienia ciała i ducha pewnie też.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dalej było coraz bardziej wspaniale. Ostra górska droga wprost mnie zachwycała, mimo że nogi zaczynały odczuwać trudy marszu a i plecak zrobił się jakiś cięższy. Wszystkie żółte strzałki co i rusz radowały serce.

 

W Foncebadon rozgościłam się w cieniu ruin kościoła. Przyjemnie było usiąść na trawie, zdjąć buty i dać wytchnienie rozgrzanym stopom. Po zasłużonym odpoczynku ruszyłam dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do kolekcji piękna natury dołączyły fioletowe wrzośce i jakieś białe kwiaty. W takiej feerii barw dusza wprost rozpływała się w zachwycie.

Zbliżałam się do La Cruz de Ferro, najwyższego punktu n.p.m. na całym Camino. To właśnie tu, u stóp krzyża, przystaje prawie każdy pielgrzym, by zgodnie z tradycją zostawić kamień, który przyniósł z domu. Symboliczny znak, ale ilu pielgrzymów tyle różnych myśli czy intencji. Ileż wewnętrznych bezgłośnych rozmów z Bogiem, światem, samym sobą, odbywało się w tym miejscu.

 

 

Ruszam w dalszą drogę. Po drodze mijam Manjarin, dość osobliwe refugio, w którym jednak nie odważyłabym się zostać. Za chwilę pojawia się przydrożny samoobsługowy „sklepik” jakie czasami spotyka się w czasie marszu. Nikt niczego nie pilnuje, widać, że zaufanie do pielgrzymów jest ogromne. Myślę, że i pielgrzymi odpłacają się uczciwością. Jakże pysznie smakuje wówczas sok czy woda, przyniesiona w góry przez dobrego człowieka :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jestem w górach, jest pięknie, widoki zapierają dech w piersiach. Camino - droga i góry to mieszanka, która wywołuje w sercu potężne uczucie bezgranicznej wolności. W tej chwili naprawdę nic więcej do szczęścia mi nie potrzeba.

 

 

„Ziemia, którą mi dajesz nie jest fikcją ani bajką. Wolność, którą mam w Tobie jest prawdziwa… Będę tańczył przed Twoim tronem i oddam Tobie chwałę…”

 

 

Aż chciałoby się tańczyć z radości. Usta śpiewały pod nosem, serce podrygiwało radośnie, ale nogi „tańczyć” nie chciały - utrudzone wlokły się powoli. Wędrówka pod górę zamiast pląsów wyzwalała zadyszkę i mocno purpurowe policzki. Ten ostatni odcinek dał mi trochę w kość, a zwłaszcza jego druga część – strome zejście w dół kamienistym szlakiem. Byłam już zmęczona i zamiast zbiegać z gór jak kozica, wolałam ostrożnie i bezpiecznie dotrzeć do celu dzisiejszego dnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wreszcie w zasięgu wzroku pojawiło się Acebo.

Tam zagadnął mnie pewien człowiek mówiąc, że niedaleko jest nowo otwarte albergue. Ja jednak wolałam iść do parafialnego, czytałam sporo pozytywnych opinii o jego prawdziwej pielgrzymiej atmosferze. Mina mi jednak zrzedła gdy zobaczyłam, że plecaki trzeba zostawić na dole i właściwie prawie nic nie można zabrać ze sobą do sypialni. Być może dormitorium było zbyt małe by oprócz łóżek pomieścić jeszcze plecaki, nie wiem, ale taki obrót sprawy zupełnie mi się nie uśmiechał. Z lekkim zawstydzeniem spostrzegłam, że jednak jestem dzieckiem swoich czasów, ograniczonym przez chęć wygód. Ale czy to aż taki zbytek i wygoda, czy może naturalna potrzeba pielgrzyma – rozłożyć część swego dobytku na łóżku, to wziąć, tego użyć, tamto przygotować na jutro, po prostu spokojnie przepakować się przygotowując do kolejnego dnia. Wycofałam się więc i powróciłam do spotkanego kilkanaście minut wcześniej człowieka od nowej albergi. Dogadaliśmy się mniej więcej (pewnie mniej niż więcej) i poszliśmy aż na skraj miejscowości.

Nowa alberga La Casa del Peregrino to ostatni budynek już przy wyjściu z Acebo, piękna, duża na 100 osób, pokoje 8 osobowe (dla wymagających są i dwuosobowe), łazienki czyste i duże. Poczułam się niemal jak w pięciogwiazdkowym hotelu, nic dziwnego, alberga oddana do użytku zaledwie 3 tygodnie wcześniej, wszystko jeszcze pachniało nowością. Po trudach górskiej wędrówki takie warunki były zaiste nagrodą. W moim pokoju para Irlandczyków i Niemcy z 5-letnią Kate. Śliczna dziewczynka, burza kręconych blond loczków, piękne czyste oczy dziecka. Podbijała serca wszystkich, aniołek naszego Camino. Jak się później okazało, ku mojej uciesze, mieliśmy się spotykać jeszcze wiele razy smiley Usytuowanie albergi było bajeczne, wystarczyło tylko wyjść na balkon by już być w górach, przed oczami roztaczały się cudne widoki.

Po dokonaniu najważniejszych pielgrzymich czynności po przyjściu do albergi – prysznicu i praniu (było tu bardzo dużo sznurków do suszenia prania, raj dla pielgrzyma) oraz krótkim odpoczynku, wybrałam się na spacer po sennych uliczkach Acebo. Miałam wrażenie, że ta miejscowość żyje tylko życiem pielgrzymów. A może po prostu trwała jeszcze popołudniowa sjesta i dlatego trudno było spotkać kogoś oprócz Ludzi Drogi. Spacerując spotykałam kilkakrotnie znajome twarze… ktoś robi notatki, ktoś inny też spaceruje, jeszcze inny odpoczywa na ławeczce – życzliwe uśmiechy i pozdrowienia wzbudzają ogrom radości w sercu i wdzięczności za dar drugiego człowieka… Cieszę się, że już nie jestem całkiem anonimowa, że rozpoznaję innych, ale też że inni rozpoznają mnie, że jestem częścią tej pielgrzymiej społeczności.

 

W Acebo duże wrażenie robi pomnik poświęcony pamięci niemieckiego rowerzysty, który właśnie tu zakończył swoje ziemskie Camino – rower jadący w kierunku nieba z przerwanymi kołami, tak jak niespodziewanie zostało przerwane życie tego człowieka...

 

Zbliżała się pora kolacji. Nowa nowoczesna alberga, co prawda trochę brakowało tu ducha Camino, ale… pielgrzymią atmosferę przecież tworzą pielgrzymi i za chwilę miałam się o tym ponownie przekonać. Małe kwadratowe stoliki były nakryte w stylu hotelowym. Przy niektórych siedziało już po 2-3 osoby. Usiadłam przy jednym z wolnych stolików i zamówiłam menu del peregrino. Międzyczasie kilka osób zsunęło kilka stolików, a jedna z nich podeszła do mnie przemawiając… po polsku. To była Ela, kanadyjka polskiego pochodzenia, taki dobry duch mojego Camino, nasze drogi niejednokrotnie później jeszcze się spotykały, ku naszej myślę obopólnej radości. Okazało się, że Irlandczyków z mojego pokoju poznała już wcześniej i to właśnie od nich dowiedziała się, że jestem z Polski. Z ochotą przyjęłam zaproszenie do większego stołu. Kolacja przebiegała w przesympatycznej atmosferze, a Ela tak wspaniale (a jednocześnie dyskretnie i z wyczuciem) wczuła się w rolę „tłumacza” że nie odczuwałam żadnej bariery językowej. Aż żal było się rozstawać, więc wieczorem posiedzieliśmy jeszcze na tarasie przy lampce wina, rozkoszując się rozmowami i widokami gór rozpościerających się przed nami. Małżeństwo z Kanady, Irlandczycy, kobieta z Australii i Ela – moi wieczorni towarzysze, ciekawe czy jeszcze się spotkamy? Jak się później okazało jednych spotkałam, innych już nie, ale wszyscy zostawili ciepły ślad na sercu. Kiedy już zanurzyłam się w swoim śpiworze, powróciły rozmyślania nad „cudami” Camino i nad tym jak wielkim darem jest drugi człowiek. Przypomniał mi się wiersz ks. Marka Chrzanowskiego o aniołach i tak właśnie nazwałam sobie wszystkich dobrych ludzi, których spotykałam i jeszcze miałam spotkać w czasie tej pielgrzymki. Moi cudowni „aniołowie o ludzkich twarzach”. A po powrocie do domu odnalazłam wiersz, którego fragmenty wtedy błąkały się po mojej głowie:

„Najukochańsi

są aniołowie

bez skrzydeł

o ludzkich twarzach

i kochanych oczach

których Bóg

do nas wysyła

aby trzymali nas

za rękę

i zostawili ciepły ślad

na sercach”


Komentarze (1): Pokaż/ukryj komentarze »

  • inna forsiuk :: 02.04.2015 19:45 Flp 4,6 "Kazdy dzien jest zwyciestwem,jesli w rece Pana oddasz go"...


Dodaj komentarz »

Camino - Droga, która wciąż mnie woła...

Autor: Wiola
Ostatni wpis: 10.11.2015 20:18
Odwiedziny: 56081 (od 18.01.2015)