Camino de Santiago

Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

12/2025
Grzesiek i Jacek: Szczecin -- Santiago

Grzegorz Szkibiel :: 29.12.2025 18:53
17 lipca 2025: Astorga -- Foncebadon

Albertę spotkamy jeszcze kilka razy na naszej trasie. Tymczasem, przy okazji moczenia nóg, czy też masażu wodnego stóp, poznajemy Hiszpana, z którym mijamy się przez cały dzisiejszy dzień.

Jakoś tak jest, że większe grupy wolniej sie zbierają. Zwykle robią dużo hałasu, co sprawia, że inni się budzą, ale potem to ci inni, chwytają plecaki i ruszają. A grupa zostaje. Tak było i tym razem. Uszliśmy całkiem spory kawałek i przysiedliśmy na śniadanie, zanim zaczęto nas wyprzedzać.

Po śniadaniu ruszamy powoli. Jest chłodno. W oddali widać wzgórza. Wstaje słońce. Droga przechodzi płynnie w szlak. W zasadzie to są to koleiny. Droga, czy szlak prowadzi konsekwentnie pod górę.

Po drodze łapiemy trochę asfaltu, a trochę takiego bruku. W większości przypadków mamy po prostu ścieżkę obok szosy. Czasem idzie to mocniej pod górę niż sama szosa. Ponownie mijamy znajomych.

Jest jakaś miejscowość. Mamy tu głęboki cień. Odpoczywamy i pijemy kawę (co można robić o 9 rano na wakacjach?)

Jeszcze dwie godziny i kolejna miejscowość. Droga robi się jakby stromsza. Kolejna miejscowość jest na stoku całkiem sporej góry. Ulice są wyjątkowo strome i nie da się tego uniknąć.

Droga spada kilkanaście metrów w dół. Szosa odbija całkiem ostro pod górę, a my idziemy lekko w dół, ewentualnie po równym. Podziwiamy piękne widoki i w końcu zaczynamy się wspinać. Ścieżka robi się na tyle stroma, że czasami musi "schodkować". Na końcu stromizny mamy jeszcze podejście na nasyp szosy i przejście przez barierę. Nasza droga przecina szosę i wspina się jeszcze ostrzej. 

Dochodzimy do takiej kamiennej wanny i tu zalegamy na chwilę. Dróżka idzie konsekwentnie pod górę, ale już zaczyna być łagodniej. Jeszcze przełęcz i już dochodzimy na miejsce.

Wita nas krzyż na środku drogi. W Foncebadon wszystko jest w jednym miejscu: sklep, pizzeria i trzy schroniska. To najtańsze otwierają za godzinę. Stoi, a w zasadzie to siedzi przed nim długa kolejka. Także nasz znajomy Hiszpan. Przechodzimy trochę dalej, ale tam też zamknięte. Wracamy do środka i idziemy do pensjonatu. Jest miejsce. Po "oporządzeniu" idziemy na pizzę i spotykamy znajomą Dunkę, wraz z całkiem sporą grupą międzynarodową. Rozmawiają po angielsku, czyli dużo rozumiemy, a i sami możemy coś powiedzieć.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 28.12.2025 16:29
16 lipca 2025: Villar de Mazarife -- Astorga

Pobudka jest dzisiaj wcześniej. Przed sobą mamy pustą, nocną szosę.

Gdzies tam w oddali widać światła: raz z jednej, raz z drugiej strony. Rolnicy szukują swoje maszyny. Nastaje świt, decydujemy się na śniadanie. Uszliśmy już 9,9 km. Znajdujemy taką długą ławę. 

Ciekawe, kiedy siedzimy, wyprzedza nas grupa, a której mysleliśmy, że jest już dwa dni przed nami. No cóż, okazuje się, że niektórzy chodzą szybko, ale długo odpoczywają.

Cztery kilometry dalej, ponownie wszystkich spotykamy, jak piją kawę. Dołączamy się. Drogi są kamieniste, takie brukowane w miejscowości, a poza nią, to asfalt.

Dalej mamy pole turniejów rycerskich (chyba). Na pewno jest zagroda i taki długi pomost. Po kamieniach i koleinach dochodzimy do szosy. Teraz idziemy taka ścieżką, którą trudno nazwać nawet pielgrzymkową. Dochodzimy do budki z dużą liczbą drogowskazów.

Kolejny etap, to szosa -- pomocnik. Pewnie kiedyś tu była ta właściwa droga. Roślinność coraz to odważniej wchodzi na asfalt. Dwa razy przecinamy tę właściwą szosę. Na końcu wychodzimy na wzgórze, skąd widać już duże miasto. Odpoczywamy chwilę, a następnie schodzimy w dół po betonie odmawiając Anioł Pański (bo taka pora...)

San Justa de la Vega. Jest ławka i woda. Znalazłem też portfel, znaczy taką pederastkę. W srodku 50 euro, karta kredytowa i paszport, duński, na nazwisko Alberta Larsen. Co robić? W pierwszej chwili telefonujemy na policję, ale co teraz. Dyżurna wysłała sygnał do patroli i poprosiła, żeby zadzwonić jeszcze raz, gdyby właścicielka się znalazła. Jakaś dziewczyna dołącza do nas i twierdzi, że zna Albertę, bo razem nocowały. Coś tam napisała na facebooku, ale przez kilkanaście minut nie było odpowiedzi -- nie każdy wędruje z nosem w telefonie. Dziewczyna przyznała się, że jest Ukrainką, ale nie chce, żeby mówić do niej po rosyjsku. Rozumiem ją. Pozdrawiamy Kasię, obecnie ze Szwecji.

No to koronka, a przy okazji krótkie wspomnienie Świętego Antoniego. Przy okazji zaczynam mysleć: Alberta nie wiedziała, że zgubiła portfel, zapewne aż do miejsca noclegu. Tam rzuciła pewnie bagaż zaraz po odkryciu braku i zdecydowała wrócić przynajmniej na miejsce ostatniego postoju. My idziemy dokładnie naprzeciw. Tymczasem mamy przejście nad torami z widokiem na miasto.

Samo miesto jest coraz bliżej. W oczy rzucają się potężne mury i ulica wjazdowa. Naprzeciw nas idzie dziewczyna, bez bagażu, w stroju piechura, kiedy mnie mijała, zamiast "hello", powiedziałem "Alberta Larsen". Trafiony - zatopiony. Dziewczyna szczęśliwa, coś tam mówi o stawianiu drinka, ja dla odmiany, że to zasługa Świętego Antoniego. Razem wkraczamy do Astorgi. Pozdrawiamy, Berta! 

Dalej idziemy sami już do naszego schroniska. Po drodze katedra -- bardzo ładna, zaprasza wręcz wyglądem do wejścia. Ale wejście kosztuje 8 euro! What?!

Szybko trafiamy w naszą uliczkę ze schroniskiem. W schronisku mamy patio z wodą do moczenia nóg. Zasłużyliśmy!


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 27.12.2025 16:34
15 lipca 2025: Arcahueja -- Villar de Mazarife

Jest jeszcze ciemno. Idziemy po szosie jakiś kilometr. Pobocze jest za ciągłą linią.

W zasadzie to jest zimno. Przystajemy w takiej wiacie i jemy śniadanie. Miejsce jest wyraźnie piknikowe. Dach ma chyba chronić przed słońcem. Teraz chroni przed światłem ulicznym, ale nie przeszkadza.

Ruszamy pod górę i odmawiamy różaniec. Idziemy po jakichś drogach, co się zamieniają w ścieżki. W końcu trafiamy na kładkę ponad autostradą, skąd mamy pierwszy widok na duże miasto. Dalej idziemy ścieżką w dół w kierunku tegoż miasta. Jest to Leon.

Wchodzimy w szerokie ulice, które w miarę zbliżania się do centrum stają się coraz węższe. Jest też kładka, a następnie ścieżka wzdłuż murów. W końcu wychodzimy na rozległy plac z katedrą.

Wąskimi uliczkami najpierw wyszliśmy na plac z katedrą, a teraz takimi samymi odchodzimy z tego placu. Generalnie przedzieramy się przez Stare Miasto. W końcu wychodzimy na kolejny, rozległy plac, tym razem z pielgrzymem.

Z placu przechodzimy do kładki nad rzeką i wychodzimy z obrębu Starego Miasta. Ponownie mamy szerokie ulice i, niestety, wąskie chodniki. Ruch się zrobił całkiem spory i ciężko się przecisnąć. Dodatkowo, kładka nad torami, którą mieliśmy przejść jest zamknięta. Idziemy więc dalej ulicami i wiaduktem.

Dalej mamy ulice, ale tak jakby inne miasto. Podchodzimy jakoś bokiem do E Lecrerca. Tu przez chwilę odpoczywamy i wracamy na trasę.

A ta prowadzi wzdłuż drogi krajowej. raz z jednej raz z drugiej strony. Ruch jest nieznośnie duży. Skręcamy w lewo w drogę pielgrzymkową, która przechodzi w szosę, a następnie w kolejną szosę, która to z kolei zmienia się w kamienistą, pustynna drogę.

Idziemy dłuższy czas przez nieużytki. Teren jest mocno pagórkowaty. Idziemy góra - dół w nadziei, że za następnym wzgórzem wyłoni się juz nasza miejscowość. Trochę to jednak trwa.

Jeszcze długi kawałek po prostej i dochodzimy: Albergue de Jesus.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 25.12.2025 11:19
14 lipca 2025: El Burgo Ranero -- Arcahueja

Dzisiaj to tak spałem, że nawet poranny gwar mi nie przeszkadzał. Obudził mnie dopiero budzik z telefonu o 5:00. Wyszliśmy praktycznie od razu. Jasno było z powodu księżyca. Nie wiem czemu nie zrobiłem rano zdjęcia. Może okolica była nieciekawa? A może przez to,  że od razu zaczęliśmy odmawiać różaniec? Kilka osób nas wyprzedziło, w tym Mateusz, harpagon, którego poznaliśmy wczoraj. Chłopak zasuwa po 50 km dziennie. Pireneje pokonał "z rozpędu". Pozdrawiamy!

Spokojnie idziemy dalej. Dzisiaj jest taki dzień, że droga prowadzi dokładnie wzdłuż szosy. Najpierw droga jest taka lokalna. Potem pijemy kawę.

Połączenie Castilla y Leon jest chyba nienaturalne. Do tej pory, na znakach zamazany był Leon. Dziś po raz pierwszy zobaczyliśmy znak z zamazaną Castillą. Idziemy konsekwentnie szosą, ale z małymi odskokami. Na przykład do kościoła w Reliegos de las Matas.

Dalej przez kładkę nad rzeczką. Robimy zakupy (kolejny odskok). Ciężko wstać po tych zakupach...

Konsekwentnie idziemy pomiędzy drogą krajową a autostradą. Troszkę pod górę, a potem w dół. Tym razem nocujemy w hotelu przy drodze krajowej. 

Na obiad zamawiamy agnusa i sałatkę z lodami i owocami. W sumie dobre, ale z tym agnusem była długa walka... GPS wskazuje 544' 05" długości zachodniej.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 24.12.2025 10:44
13 lipca 2025: Moratinos -- El Burgo Ranero

Dziś jest niedziela. Z uwagi na mszę świętą w Sahagun moglismy się wylegiwać do 5:30. Niestety, współlokatorzy nam na to nie pozwolili. No cóż, podnosimy się i zajadamy śniadanie po ciemku. 

Dalej jest ciemno. Idziemy przez pole. Księżyc świeci ładnie. Odmawiamy różaniec.

Idziemy zwykłym tempem. Mijamy rzeczkę, pole i przecinamy szosę. Skręcamy w drogę prostopadłą, bo tak szlak nakazuje. Dochodzimy do jakiejś kaplicy, czy też czegoś innego. Obok jest mostek w zasadzie do nikąd, bo nad okręgłym dołem. Dalej stoją jakieś posągi. Jest też tablica, ale tylko po hiszpańsku.

Wejście do miasta: przed nasypem jest pole, za wiaduktem miasto, więc wiadukt służy pewnie jak brama do miasta. Tuż przed tą bramą stoi któś i rozdaje modlitwy -- kończy się to słowem amen. Reszta jest po hiszpańsku. 

Przemierzamy ulice miasteczka Sahagun. Odskakujemy od szlaku, żeby dojść do kościoła. Msza rozpoczyna się za godzinę, więc mamy dużo czasu na odpoczynek.

Żwawo wychodzimy z miasta i idziemy wzdłóż szosy. Przekraczamy ładną rzeczkę i w końcu trafiamy na drogę z drzewami nasadzonymi właściwie. Dokładnie, do tej pory drzewa przy drodze rosły tak, że cień był na polu, a nie na drodze. Kilka razy zwracało to naszą uwagę. W końcu drzewa rosna tak, że ich cień pada na drogę.

Dochodzimy do kolejnej miejscowości. Ponownie odbijamy nieco od szlaku, żeby dojść do sklepu. Udało nam się jeszcze coś kupić. Zaraz po naszym wyjściu pani zamknęła interes.

Został jeszcze kawałek. Kończymy na dzisiaj.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 23.12.2025 13:53
12 lipca 2025: Carrion de los Condos -- Moratinos

Dzisiaj wstajemy tak jak wszyscy. Mało kto martwi się o tych, co jeszcze chcą pospać: 4:30 odgłosy kroków, kolejka do łazienki, stukanie naczyń, nie da się spać. Więc bierzemy garby i w drogę!

Idziemy w noc, w świetle księżyca. Jest chłodno i przyjemnie. Przy szosie mamy drogę pielgrzymkową. Idziemy całkiem rozsądnie, nawet wyprzedzamy kilku pielgrzymów. 

Zauważamy kamienne stoły, to pewnie czas na śniadanie. Szybko sie zbieramy i idziemy dalej drogą pielgrzymkową. Wspinamy się na wzgórze, a potem przez 16 km nie ma praktycznie nic.

Schodzimy z płaskowyżu do wioski. Tutaj spotykamy dużą gromadę pielgrzymów. Można śmiało powiedzieć, że wszyscy tu przystają. No cóż, zamawiamy kawę i stawiamy pieczątki.

Dalej mamy drogę przy szosie ze strzałkami, lub podobną bez strzałek. Wybieramy tę ze strzałkami i idziemy do następnej miejscowości. W sumie to nic ciekawego nie ma po drodze, ani w tej miejscowości. Jedyne co, to strzałki zniknęły.

Zniknęły też gdzieś tłumy. Część zostawiliśmy tam, gdzie była kawa, ale w dalszym ciągu jest jakoś pustawo. Wchodzimy między pagórki. Jest bardzo gorąco. Kolejna miejscowość, odpoczywamy. Pojawiły się strzałki. Jest południe. Czas na Anioł Pański. Dodatkowo jeszcze koronka. Mijamy szosę, rzeczkę, idziemy trochę pod górkę i jest nasze schronisko.

W zasadzie jest to środek pustyni, ale po południu mamy trochę deszczu. Wielu pielgrzymów mija to miejsce i idzie dalej. Ciekawe, że potem ich doganiamy następnego dnia... Zamówiliśmy kolację i mamy towarzystwo włosko -- brazylijskie. Starszej pani z Brazylii już nie spotkaliśmy, natomiast para Włochów przez dłuższy czas się z nami mijała. Pozdrawiamy!


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 22.12.2025 11:15
11 lipca 2025: Boadilla del Camino -- Carrion de los Condos

Dzisiaj wylegujemy się do 5:00. 

Ale i tak zaczynamy po ciemku. Księżyc w pełni pokazuje drogę. A ta jest jak zawsze: troszkę szosy, trochę ścieżki pielgrzymkowej, a w zasadzie to są to takie dwie koleiny.

Droga, czy dróżka dołącza do kanału i tak dalej idziemy wzdłóż. Jest tu statek, jest przystań, śluza i całkiem spore rozlewisko. Znajdujemy też jakiś stolik i decydujemy sie na śniadanie. I tu problem -- zginął ser. Wczoraj był, dzisiaj nie ma. Pewnie gdzieś wypadł.

Przechodzimy po śluzie i wchodzimy do Fromisty. Tu mieliśmy dojść w zeszłym roku. Okazało się jednak, że są problemy z komunikacją -- tylko jeden pociąg dziennie -- wyjechać pewnie by się jakoś dało, ale w tym roku trzeba by też przyjechać... Korzystamy z kawy na wejściu. Była to chyba, najgorsza kawa na całej trasie. Przecinamy miejscowość, autostradę i kanał.

Droga pielgrzymkowa początkowo prowadzi wzdłóż szosy, ale szybko od niej odbijamy i pokonujemy długą prostą. Żwawo idziemy do przodu. Znajdujemy takie całkiem przyzwoite miejsce na odpoczynek. Ławki kuszą i pomimo żwawego marszu decydujemy się chwilę posiedzieć.

Wieka studzienek też mają muszelki. Dalej idziemy przez pole. Są też mostki -- idealne do fotografowania sie na nich.

Ścieżka, czy dróżka staje sie coraz węższa, aż w końcu wychodzi na szosę.

Kolejna miejscowość nastawiona na pielgrzymów. Wejście do kościoła: 1 euro dla pielgrzymów (w Niemczech i we Francji było za darmo). Jeszcze kawałek wzdłóż ruchliwej szosy (6 kilometrów). Długo idziemy pod górę. Nocleg tym razem u Klarysek.


Dodaj komentarz »

Grzegorz Szkibiel :: 21.12.2025 15:46
10 lipca 2025: Hontanas -- Boadilla del Camino

Tak więc mamy etap numer 100! Chciałem tu napisać, ile kilometrów przeszliśmy, ale zepsuł mi się ten plik i wyświetla jakiś kod zamiast tego, co bym chciał. Tak więc jak gdzieś znajdę czytelną wersję, to tutaj uzupełnię. No dobrze, jesteśmy w Hontanas i wstajemy o 4:30. Nieśmiało ruszają się też inne grupy pielgrzymów.

Jest ciemno (oczywiście). Idziemy najpierw uliczką, która zmienia się w szosę, ale tę szybko opuszczamy, bo tuż obok idzie ścieżka pielgrzymkowa. Idziemy konsekwentnie. Ścieżka jest coraz to węższa, aż chwasty szorują po nogach. I w tym momencie, jakaś duża grupa decyduje się nas wyprzedzić. Autentycznie, po raz pierwszy widzimy takie tłumy pielgrzymów. Czekamy aż zwolni się trochę miejsca i odmawiamy różaniec. Mimo, że wiele osób różnych narodowości nas wyprzedza, tempo mamy całkiem szybkie. Zaczyna się rozjaśniać i widzimy wyłaniające się ruiny. 

Ruiny są, co prawda spektakularne, ale kawy tu nie dają. Szukamy jakiegos miejsca na śniadanie. Ale teraz trzeba korzystać z chłodu, więc idziemy dalej. Jest jakaś miejscowość. Kawa jest też w Albergue na wejściu. Dalej wszystko zamknięte. Siedzimy przez chwilę i idziemy dalej.

Znowu popełniamy ten sam błąd! Jeśli chcemy pić kawę, to siadamy w pierwszej, otwartej kawiarni! Nie idziemy do środka, gdzie zwykle wszystko jest zamknięte. Jest całkiem płasko, mijamy rzekę i wchodzimy na ukos pod górę, która dziwnym trafem urosła w tym terenie. Wyprzedzają nas rowerzyści oraz Kuba, którego poznaliśmy wczoraj. 

Osiągamy szczyt i podziwiamy widoki w każdą stronę. Zejście jest po betonowej drodze. Po zakończeniu najstromszego odcinka stwierdzamy, że droga jest bezkresna. No cóż, idziemy. 

Mijamy most -- ruch wahadłowy nas na szczęście, nie dotyczy. Za rzeką wchodzimy do prowincji Palencja i tu znajdujemy jakąś kaplicę zamieniona na schronisko. W końcu jest kawa. Potem, to w zasadzie nic, nic i nic...

Oczywiście "nic" jest nieco na wyrost, bo zawsze się coś tam znajdzie: kapilca, kolumna, no i to coś, po czym stąpamy...

Drogowskazy pojawiają się dość często. Tym razem mamy jeszcze 424 km.

Dochodzimy do miejscowości i tu kończymy na dzisiaj. Pokój mamy z basenem, ale jest za to ciemno pod prysznicem...


Dodaj komentarz »